Ostatni Kamikaze czyli ostatni lot Admirała Ugaki

15go Sierpnia przypada okazja oficjalnego zakończenia działań wojennych na Pacyfiku. Był to dzień ogłoszenia zawieszenia broni i bezwzględnej kapitulacji.

Nie powstrzymało to jednak jednego z przywódców Cesarskiej Floty od jednego, ostatniego gestu rytualnego samobójstwa, które zamknęło erę militaryzmu japońskiego.

Była to ostatnia misja Admirała Ugaki wykonana już po dowiedzeniu się o zawieszeniu broni. Wymówką do wykonania misji był fakt że Admirał, jak twierdzą świadkowie, nie dostał oficjalnego rozkazu zawieszenia broni i zaprzestania działań wojennych.

Tak więc Admirał według swojego własnego kodu mógł sobie pozwolić na ten finalny gest. A że Admirał był pingwinem-nielotem to potrzebował całego orszaku który go w tej ostatniej podróży eskortował i wraz z nim podzielił jego los.

I ten właśnie ostatni epizod tej ostatniej światowej wojny najlepiej ilustruje głębokość fanatyzmu militaryzmu japońskiego a także konieczności użycia niekonwencjonalnych środków jak bomb atomowych.

Czyn Admirała ale także dwudziestu dwóch lotników 701 Kokutai którzy za punkt honoru uznali zginięcie wraz z nim najlepiej ilustruje ducha kodeksu Bushido, który dosłownie za wszelką cenę nakazywał zniszczenie wroga. Cena ta to nie tylko własne życie ale także życie i przyszłość całego narodu, który w myśl ideologi Admirała Ugaki nie ma racji bytu po przegranej wojnie.

Dlatego też właśnie tą maszynę wybrałem na swój model bo był to dosłownie ostatni kamikaze.

Kim był Admirał Ugaki? Pragnąłem go poznać bliżej przez przeczytanie jego dzienników wydanych po wojnie pod tytułem „Fading Victory”. Po angielsku ukazały się one o dziwo dopiero w 1991 roku i do tej pory są jedynym źródłem wysokiego dowódcy Imperialnej Floty Cesarskiej. Jest to szczegółowy zapis jego losów w latach wojennych. Od szczegółowych opisów detali poszczególnych walki i potyczek na wielu frontach wizytowanych przez Admirała aż po jego refleksje na temat ideologi i światopoglądu. Podczas swoich licznych wizyt w jednostkach frontowych admirał w kwietniu 1943 roku cudem uniknął śmierci w czasie sławnej „Yamamoto Mission”. Jak pamiętamy Admirał Yamamoto leciał wówczas do Bougainville na wizytę i został przechwycony zaraz przed lądowaniem przez 16 P-38, które zestrzeliły jego bombowiec nad dżunglą. Ugaki był w drugim bombowcu, który również został zestrzelony ale lądował przymusowo na plaży i tylko trzech członków załogi przeżyło, w tym Admirał Ugaki.

Był on fanatykiem ale nie był idiotą i po bitwie o Mariany tak sromotnie przegranej przez flotę japońską zdał sobie sprawę że wojna jest przegrana. Każdy inny naród czy nawet najbardziej autokratyczna klika wojskowego przywództwa zdała by sobie z tego sprawę i dążyła do zaprzestania działań wojennych. Ugaki jednak widział jedną możliwość aby może nie wygrać wojny ale zadać tak bolesne ciosy wrogom Imperium aby uniknąć bezwarunkowej kapitulacji. Możliwością tą były ataki samobójcze. Japonii nigdy nie brakowało fanatycznych wojowników, czemu więc nie użyć ich jako pocisków sterowanych aby zadać maksymalne straty flocie amerykańskiej i być może zmusić do negocjacji? Początkowe ataki na Filipinach istotnie osiągnęły spore sukcesy, Amerykanie nie byli przygotowani na taki stopień fanatyzmu. Śmierć samobójcza nie mieściła się wówczas i do dzisiaj nie mieści w ideologi demokratycznych cywilizacji. Ale Japonia taką wówczas nie była i śmiało wysyłała tysiące swoich młodych kadetów na samobójczą śmierć. Sam Ugaki ponoć mówił zawsze kandydatom samobójcom że spotkają się w Yasukuni Shrine, miejscu mitycznego kultu wojownika Samurai. Coś jak połączenie naszego Grobu Nieznanego Żołnierza z Cmentarzem Powązkowskim i kościołem zarazem. Sukcesy trwały krótko, po pierwotnym zaskoczeniu amerykanie potroili patrole myśliwców i udoskonalili metody ich przechwytywania z pomocą małych jednostek jak niszczyciele wyposażone w radary tak że samobójcy w większości nie mieli nawet szans dolecenia nad główne jednostki floty jak lotniskowce czy pancerniki.

Już w czasie walk o Okinawę samobójcy, których kilkudziesięciu dziennie wylatywało na swoje jednostronne misje w przeważającej większości ginęli od kul amerykańskich myśliwców lub artylerii przeciwlotniczej floty. Tylko niewielu udawało się przedostać nad lotniskowce i paru nawet udało się je wyłączyć z działań wojennych na długie miesiące. Mimo to kampania została sromotnie przegrana przez Japonię i zanosiło się na jeszcze bardziej krwawą kampanię inwazji na Kyushu na jesieni 1945 a potem na Honshiu w 1946 roku. W Maju, Admirał dowiaduje się o śmierci Hitlera i końcu wojny w Europie. W przeciwieństwie do Yamamoto był on wielkim wielbicielem wielkiego Adolfa i w nim widział wielkiego sojusznika który potrafiłby ujarzmić zachodnie demokracje. W samej Japonii Ugaki liczył na samobójczą obronę każdego metra kwadratowego, świętej ziemi. Najpierw zmasowanymi atakami samobójczymi pozostałego lotnictwa, potem żołnierzy a na koniec wieśniaków uzbrojonych w dzidy. Taka obrona pochłonęła by miliony żyć ludzkich i przedłużyła wojnę o rok ale takie były zamierzenia Ugaki, który uważał że chwała Japonii jest tego warta.

Jakież więc było jego rozczarowanie kiedy okazało się że do samobójczego pospolitego ruszenia nie dojdzie? Amerykanie sukcesywnie niszczyli japońskie miasta nalotami B 29 a na koniec tylko dwoma bombami zniszczyli Nagasaki i Hiroshimę. Przeciw tej broni nie skuteczne były dzidy wieśniaków i cesarz wydał rozkaz bezwarunkowej kapitulacji.

Ugaki wówczas przebywał w bazie lotnictwa morskiego Oita w północnym Kyushu. Bazował tam 701 kokutai uzbrojony w bombowce D4Y3 Susei oznaczone Alianckim kodem imiennym Judy.

15 Sierpnia 1945 roku Admirał Ugaki dowiedziawszy się o zawieszeniu broni i bezwarunkowej kapitulacji z radiowego przemówienia Cesarza Hirohito obwieścił swoim podwładnym że nie zamierza dożyć pokoju i zarządził ostatnią misję samobójczą 5 Susei na jednostki Amerykańskiej floty, które się spodziewał znaleźć „w okolicach Okinawy”. Oderwał on wszystkie dystynkcje ze swojego munduru i wziął krótki miecz symboliczny, dar od Admirała Yamamoto. Gdy wyszedł do gotowych maszyn okazało się że czeka nie pięć tak jak zarządził ale 11. Wszystkie maszyny zdolne do lotu zostały przygotowane. W każdym był pilot i strzelec, mimo iż technicznie rzecz biorąc ten ostatni do niczego nie był potrzebny w samobójczym ataku. Gdy Admirał podszedł do maszyny oznaczonej numerem 122 wydał rozkaz strzelcowi o imieniu Endo aby ten ustąpił mu swojego miejsca.

Jest zdjęcie Admirała już bez dystynkcji przed ową maszyną a także już w kokpicie.

Co ciekawe to zaraz po wykonaniu tego zdjęcia Endo wdrapał się ponownie na skrzydło Susei 122 błagając o to aby jego też zabrać. Wgramolił się z powrotem do kabiny i lot odbył zwinięty w kłębek na podłodze pod nogami wielkiego Admirała.

I tak to 11 Susei z ostatnimi 23 samobójcami o 4:30 po południu wzniosły się w niebo i odleciały w kierunku południowo wschodnim. O 7:34 usłyszano ostatnią wiadomość nadaną z maszyny Admirała Ugaki. „Atakujemy”, wystukaną być może przez owego Endo bo wątpliwe żeby Admirał był biegły w obsłudze radia.

11 Susei nie osiągnęły abosolutnie nic, ani jeden samolot ani okręt amerykański nawet ich nie zauważył. Najprawdopodobniej wielu z nich po prostu zagubiło się aż im się skończyło paliwo. Dopiero wiele lat po wojnie skojarzono wspomnienia załogi amerykańskiego okrętu LST 296. Otóż na plaży maleńkiej wysepki Iheyajima wyładowywali oni pojemniki z żywnością ale głównie popijali piwo i cieszyli się dopiero co ogłoszonym zawieszeniem broni. Gdy spojrzeli w niebo nadleciało parę maszyn. Na początku wzięli je za amerykańskie ale kiedy te otworzyły ogień dopadli do działek i karabinów i otworzyli ogień. Wszystkie siedem zostało zestrzelonych albo samo wpadło do morza. Następnego dnia na plaży odkryli szczątki maszyny z trzema ciałami wewnątrz. Zwróciło to ich uwagę bo te maszyny były dwu osobowe. Szczątki bezceremonialnie pochowali na plaży a na pamiątkę ktoś sobie wziął miecz sławnego Admirała. Z pewnością leży do dzisiaj gdzieś na strychu albo w piwnicy domku w Wisconsin a jego właściciel nawet nie zdaje sobie sprawy z jego historii. I dobrze, bo to nie była chlubna historia.

Co ciekawe, to poza mieczem zachowały się także szczątki tegoż bombowca i pomogły mi one nawet w doborze kolorów do mojego Susei „122” Oto one.

Co ciekawe to opis jest zwodniczy bo Admirał wykonał swój lot 15go Sierpnia.

W końcu sam model. Jest to Fine Molds, do tego pory jedyny producent Susei w 1/48. Model z lat 80tych więc nie jest to najnowsza technologia ale da się to zlepić do kupy i tylko trochę jest naciągania, szpachlowania i szlifowania. Da się wytrzymać. Największym mankamentem jest chyba to że używając kabinkę z zestawu praktycznie nie da się jej zrobić otwartej z racji grubości plastiku. Jak się chce zrobić Susei i to w dwóch wersjach to Fine Molds jest jedynym wyjściem. Jest ona robiona w wersjach D4Y2 z silnikiem rzędowym i D4Y3 z silnikiem gwiazdowym jak moja 122. Co ciekawe to wersję pięknie odrestaurowanego D4Y2 można spotkać właśnie w Yasukuni Shrine w Tokyo.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •