Feather Merchant.

Raz na jakiś czas przeczytam książkę, która w głębszy sposób mnie poruszy. Czytam dużo, zwłaszcza lotniczych wspomnień wojennych a ostatnie parę lat zwłaszcza wspomnień amerykańskich załóg bombowych z Europy w latach 1942-45. Pozycji takich jest mnóstwo, napisanych jeszcze zaraz po wojnie, ale także w drugiej fali lat 90’tych kiedy to starzejący się lotnicy pragnęli zostawić po sobie jakiś ślad zanim odeszliby na zawsze w zakamarki historii. Jest także nowa, trzecia fala wspomnień pisanych przez potomków tych wspaniałych ludzi, w oparciu o pomarszczone zapiski, wyblakłe, wytarte książki lotów i parę wspomnień przy rodzinnym stole.

Wszystkie te książki czytam namiętnie i tak też trafiłem na ten skromny tomik “Feather Merchant” napisany przez Bill Greenwell.

Feather Merchant by Bill Greenwell.

Książka, jak prawie wszystkie inne była kupiona z opcji “używane” naszego wielkiego brata Amazon.com. Lubię kupować używane bo raz że oszczędzę jedną skromną gałązkę drzewka ale także dlatego że ksiązki używane nabrały już charakteru, ktoś je przeczytał, przewertował, doznał emocji i być może poznał anonimową historię jej bohatera. Tak też była z tą, ale ku mojemu zdziwieniu po otwarciu ksiązki natrafiłem na skromny podpis na pierwszej stronie.

“Bill G”, czyżby autor? Z zainteresowaniem zasiadłem na ulubionym fotelu przed kominkiem, zafasowałem sobie nową filiżankę kawy, mój ukochany psiak położył się pod nogami i zacząłem swoją przygodę z “Feather Merchant”.

Pierwsza engima to tytuł. Bardzo orginalny i na pewno odbiegający od doraźnych, rzeczowych, wręcz wojskowych i precyzyjnych tytułów z jakimi nieraz się spotykam w tych opowiadaniach.

Feather Merchant był z kategori alegorycznych, fantazyjnych tytułów jak na przykład sławna epopeja 100 Grupy Bombowej “A Wing and a Prayer” Harry’ego Crosby albo wspomnienia tego fantasty Roberta Scotta “God is my co-pilot”. Czy nawet nasza własna “Żądło Genowefy” Po nadwiślańsku Feather Merchant mi się najbardziej kojarzy z Handlarzem Puchu.

Powoli, jak wieczór i kolejne sesje czytania się układały w ciąg przyjemnego relaxu przy ksiązce, poznawałem historię ciekawego i nietuzinkowego człowieka.

Bill Greenwell był tak jak tysiące jego równieśników produktem amerykańskiego społeczeństwa, które w czasie kryzysu w przeciągu miesięcy potrafiło stworzyć system szkolenia pilotów dla setek i tysięcy masowo produkowanych bombowców i myśliwców przemysłu zbrojeń.

Bill został przez ten system przeobrażony z cywila w pilota i dowódcę załogi bombowca. W czasie tego przeobrażenia stał się wydajnym i efektywnym wojownikiem, ale w przeciwieństwie do swoich rówieśników w Niemczech i Japonii nie musiał być indoktrynowany bezwzględnym posłuszeństwem i nienawiścią do swoich wrogów. On po prostu chciał służyć, chciał oddać się sprawie, w którą wierzył i w czasie wykonywania tej niebezpiecznej służby nie musiał stracić swego człowieczeństwa a nawet nie nabył nawyków zawodowego wojskowego. Bill, tak jak i tysiące lotników amerykańskich był w duszy cywilem. Mimo iż umiał maszerować, salutować i pilotować w boju tak skomplikowaną maszynę jak B 17 to nigdy nie pozbył się przyziemnych marzeń o dobrej pracy, rodzinie, domu i bezpieczeństwie. Był dzieckiem wielkiej Depresji lat 30tych. Urodził się i wychował w dużym gronie 16 osób, rodzina, krewni, bezdomi, przygarnięci. Pracował tylko ojciec, dom był pełen waśni i sporów. Jak dorośli kłócili się to mały Bill przed piecem wycinał papierowe samoloty i marzył o lataniu.

Ukończył szkołę średnią ale o uniwersytecie nie miał nawet co marzyć. A z tym ginąło jego marzenie latania. Jedynie po dwóch latach studiów wyższych US Air Corps przyjmowało kandydatów na kadetów szkół lotniczych. Wszystko to jednak zmieniło się z atakiem na Pearl Harbor. US Air Corps zmieniło swój nabór do szkół lotniczych z 1,200 do 30,000 rocznie i droga do lotnicwa otworzyła się dla naszego bohatera.

Po ukończeniu szkoły pilotażu Bill był zachwycony nominacją do myśliwców na dwusilnikowych maszynach. To w 1943 roku znaczyło tylko jedno, P 38 Lightning, jego wymarzona maszyna! Dostał przydział do bazy lotniczej w Washington State i wyruszył trzy dni przed ukończeniem przepustki bo nie mógł się doczekać swojego nowego przydziału. Cóż, los bywa czasami okrutny, po przybyciu do bazy zastał tam bombowce B 17 zamiast wysmukłych P 38. Szybko też dowiedział się że zamiast zasiąść za sterami Lightninga został przydzielony do załogi bombowca jako co pilot. Gdy domaga się wyjaśnień słyszy „ Ależ ty będziesz pilotem dwu silnikowego myśliwca! Ty będziesz miał dwa silniki i pilot będzie miał swoje dwa silniki. Witaj w US Air Corps, potrzebujemy co-pilotów i będziesz co-pilotem”

Pomimo rozczarowania oddaje się całkowicie treningowi pilotażu wielkiego bombowca i zgrywania ze swoją nową załogą. Ma szczęście bo trafia na pilota, absolwenta West Point, który wprowadza go w tajniki pilotażu fortecy, do tego stopnia że Bill szybko opanowuje wielką maszynę. Co więcej to pilot, nie tylko przekazuje mu całą swoją wiedzę ale także całkowicie bezinteresownie rekomenduje go jako pilota, dowódcę załogi, samemu tracąc dobrego copilota. Tak więc Bill jeszcze w czasie szkoły pilotażu fortecy i zgrywania załóg staje się pierwszym pilotem i staje się odpowiedzialny za dziewięciu lotników z którymi wyruszy na wojnę w Europie.

Jednym z pierwszych wyzwań dowódcy jakie go spotkało to problem „ball turret gunner” Otóż załoga przyszła do Bill i oświadczyła że nie chce z nim latać bo to…krótko mówiąc pedał i nie daje spokoju młodemu strzelcowi ogonowemu. W latach 40tych liczyła się jeszcze wydajność bojowa załogi a nie polityczna słuszność i takie sprawy były rozwiązywane natychmiast przez dowództwo, często niepotrzebnie drastycznie.

Dziewiętnoastoletni Bill, dowódca załogi, porozmawiał ze swoim 35cio letnim ball gunner i w efekcie szczerej rozmowy wyszło na jaw że homesexualizm jest wymówką aby być zwolnionym ze służby. Strzelec po prostu bał się misji bojowych i wolał ostracyzm za homeseksualizm niż plakietkę tchórza.

Bill rozwiązał sytuację przez taktyczne wychwalanie umiejętności ball turret gunner i przeniesienie strzelca do szkolnictwa, gdzie uniknąłby walki a do załogi przydzielony został inny strzelec.

Tak skompletowana załoga została przydzielona do 447grupy bombowej formującej się w Kearney, Nebraska.

Bywam tam kilka razy w roku przejeżdżając przez tą małą miejscowość jeżdżąc na narty do Colorado i po przeczytaniu Feather Merchant zawsze wracam wspomnieniami do książki Billa. Jak zatrzymuję się na kawę w Starbucs i potem w Sinclair na zatankowanie to patrzę na ten sam krajobraz który Bill wraz z załogą oglądał z powietrza w 1943 roku.

Tam też dostają nowiutkiego bombowca B17G, prosto z fabryki z jeszcze pachnącą farbą. Co jest unikalne w amerykańskiej armi i biurokracji to Bill musiał pokwitować odebranie bombowca podpisując się pod zdjęciem maszyny i przysięgą wykonania misji mu powierzonych. Oto kwit.

Maszyna jest jedną z pierwszych z serii „G” miała już wieżyczkę strzelecką pod brodą ale stanowiska strzelców bocznych były jeszcze całkowicie otwarte na elementy. Powodowało to że maszyna była piekielnie zimna i po paru lotach zapoznawczych w myśl tradycji, jak przyszedł czas na nazwanie maszyny to wybrano imię „Ice Cold Katy” czyli lodowata Kaśka. Gdy załoga uzupełniała sprzęt, umundurowanie i ekwipunek i przygotowywała się do przelotu do Anglii, wyszło nowe zarządzenie regulujące kamuflaż na nowych bombowcach. Nie tylko wszystkie nowe wychodziły z fabryk bez kamuflażu ale co po niektórzy dowódcy wydali rozkazy usuwania kamuflaży z nowych maszyn, dopiero co pomalowanych. Tak też było w przypadku Bill i jego załogi. Przydzielono im wiadra rozpuszczalnika i kazano usunąć cały kamuflaż…w warunkach polowych. Sprowadzało to się do drabin i szmat, którymi załoga mozolnie zaczęła usuwać kamuflaż z wysokiego ogona. Po dwóch dniach ogon był już srebrny i wówczas okazało się że skończył się rozpuszczalnik. Zanim doszły nowe dostawy załoga dostała rozkaz wylotu do Gander, skąd lotem mieli osiągnąć Anglię. I tak to Katy była jedynym bombowcem w 8 Armii Powietrznej ze srebrnym ogonem.

Przelot do Anglii również był pełen emocji. Ponieważ lecieli w zimie temperatury na ziemi spadały do minus 20 i poradzono im aby rozcieńczyli olej silnikowy benzyną. To pomogło przy starcie ale w czasie lotu jeden z silników zaczął się palić gdy nastąpił samozapłon zbyt rozcieńczonego benzyną oleju. Na szczęście gdy się wypaliła silnik powróciłd o normalnej pracy i załoga doleciała do Prestwick Szkocji, gdzie była baza docelowa przelatujących amerykańskich bombowców.

Jedną z ciekawostek, których się dowiedziałem z książki jest to że w Stanach standartowa benzyna lotnicza była 91 oktanowa natomiast w Angli i innych teatrach działań była 100 oktanowa tak więc załogi mogły się spodziewać nieco lepszych osiągów swoich maszyn w Anglii.

Po dwudniowym pobycie w Szkocji gdy grupa się już cała zebrała okazało się że stracono jedną załogę. Gdzieś w przestworzach Północnego Atlantyku zaginęło dziesięć istnień ludzkich, czy ulegli oblodzeniu, czy zawiódł silnik, czy zgubili drogę? Cała grupa 16go Listopada 1943 przeleciała na lotnisko w Rattlesden, która stała się bazą macierzystą 447 grupy bombowej.

Koniec 1943 roku był przełomowy dla amerykańskiego lotnictwa bombowego. Doktryna precyzyjnego bombardowania nie ubezpieczanych przez myśliwce formacji latających fortec zawodziła. Straty grup bombowych były olbrzymie i na niektórych misjach jak sławne Schweinfurt/Regenbsburg 14go Października dochodziły do 30%. Myśliwce Thunderbolt nie miały zasięgu aby towarzyszyć bombowcom nad III Rzeszę a nowe Lightningi i Mustangi jeszcze nie osiągnęły gotowości bojowej. Pomimo tego formacje bombowców nadal wylatywały nad Europę, Niemcy musieli coraz więcej ściągać myśliwców z Rosji i południowej Europy a Amerykanie coraz więcej musieli uzupełniać straty i przysyłać następne grupy bombowe. Taka była rola Bill’a i 447 Grupy bombowej.

Po paru misjach treningowych i orientacyjnych nadszedł czas na chrzest bojowy nowej grupy bombowej i załogi Ice Cold Katy. Była to jedna z tzw. Noball misji, których celem były ataki na niemieckie wyrzutnie broni odwetowej w pasie nadbrzeżnym północnej Francji. Wyglądało na to że będzie to tzw. Milk Run, czyli łatwa misja, dopóki nie nadlecieli nad cel. Zadziwiającym było to że Niemcy nie otwierali do nich ognia, gdy jednak otworzyły się luki bombowe i wysypały bomby wówczas artyleria, która nie chciała do tej poryujawniać swoich pozycji, otworzyła zmasowany ogień. Jedna z pierwszych serii wybuchła po prawej stronie nosa Katy. Plexiglass został rozerwany odłamkami a bombardier, który właśnie zawołał „bombs away”, doznał powaznej rany nogi. Poza tym bliski wybuch tak otępił obydwu pilotów że musiał interweniować Crew Chief, czyli główny mechanik i górny strzelec. Po wyjściu z szoku Bill wyrównał nurkującego bombowca i dołączył do formacji. Byli jedyną załogą która miała uszkodzenia i jedyną i pierwszą załogą 447 Grupy Bombowej z rannym na pokładzie. Nie był to fortunny początek ich drogi bojowej.

Następna, druga misja Katy była skierowana przeciwko lotniskom w Cognac/Bordeaux i tam po raz pierwszy napotkali Luftwafffe. Bill i 447Grupa bombowa miała w tym jednak szczęście że było to jedno z piewszych spotkań myśliwców Luftwaffe z Grupą bombową wyposażoną całkowicie w nowe bombowce wersji G z tzw. chin turret czyli wieżyczką strzelecką na brodzie fortecy. Asy Goeringa byli przyzwyczajeni do atakowania starszych wersji E i F gdzie obrona z przodu była tylko mozliwa z odwróconej wieżyczki górnej. Teraz nie tylko były karabiny z przodu w nowej wieżyczce ale także i karabiny z boku nosa nowych bombowców były tak wyprofilowane że miały dużo większe pole ostrzału do przodu a także i oczywiście górne wieżyczki były obrócone na „12 o clock level”. Siła ognia była potrojona w porównaniu z wersją F i szybko paru Niemców zapłaciło za pomyłkę swoim życiem.

Po wykonaniu pięciu misji na Katy załoga niestety ją utraciła. Wraz z załogą Porucznika Monroe, Ice Cold Katy zmuszona była wodować w Morzu Północnym. Niemcy atakowali ich nawet po wodowaniu, tylko dwóch w tym Monroe się uratowało. Sterczący, srebrny ogon działał na nich jak płachta na byka.

I tak to załoga Bill dostała nowy bombowiec. Był to jeden z pierwszych nie malowanych modeli B17G z zaszklonymi stanowiskami strzeleckimi w kadłubie, ale jeszcze bez zmodernizowanego tylnego stanowiska tzw. Chayenne Turrett. Po paru dniach załoga już miała wybraną nazwę i godło. Otóż nazwali go „Feather Merchant”. Feather Merchant w czasie wojny było ironicznym przezwiskiem wszelkiego rodzaju dekowników, którzy pozostali w Stanach podczas kiedy Bill i jego generacja walczyła W Europie i nad Pacyfikiem. Byli to różnego rodzaju „essential workers” czyli niezbędnicy dla przemysłu czy administracji, którzy wykorzystywali swoje uprzywilejowane pozycje żeby podrywać żony i dziewczyny tych co walczyli na frontach. Co więcej to wokół nich powstała specyficzna cyrkowa moda, której uosobieniem był tak zwany Zoot Suit. Zoot Suit to zwężane spodnie, długa marynarka z fantazyjnym kołnierzem i długimi klapami. Wysokie naramienniki i do tego fantazyjny kapelusz. Ot taki cudak – strach na wróble.

Zoot Suit.

Sam Walt Disney nie mógł się powstrzymać i wypuścił krótki epizod pokazujący „dekującego” się Donald Duck’a podczas kiedy inni walczą. To właśnie to godło Donald Duck w sławnym Zoot Suit załoga Bill’a wybrała sobie za swoje godło namalowane na nowym Feather Merchant.

I tak powstał Feather Merchant, moja inspiracja na orginalną, nietuzinkową maszynę.

Pierwsze loty z nową załogą Feather Merchant wykonuje w czasie tzw. „Big Week” czyli maxymalnego wysiłku w drugiej połowie Lutego kiedy to nad kontynentem ponad tydzień była wyśmienita pogoda. W czasie tego tygodnia intensywnie atakowane są cele związane z przemysłem lotniczym i paliwami. Luftwaffe musi interweniować i tutaj spotyka po raz pierwszy całe dywizjony nowych Mustangów, Ligthningów i Thunderboltów. Zmienia się też taktyka lotnictwa amerykańskiego. Po przejęciu dowództwa nad 8 Armią lotniczą podstawowym zadaniem lotnictwa myśliwskiego staje się nie bliska ochrona bombowców jak dotychczas ale atakowanie wszędzie gdzie to jest możliwe lotnictwa Luftwaffe. „Big Week” złamał kręgosłup Luftwaffe tak że już nigdy nie mogli interweniować w takich ilościach i tak efektywnie jak na jesieni 1943 roku. Amerykańskie myśliwce patrolowały z dala od bombowców, nad lotniskami Luftwaffe, nad terenami gdzie Niemcy zbierali się do ataków a także oczywiście w pobliżu bombowców. Straty Luftwaffe w efekcie Big Week to było ponad 500 zabitych pilotów, w tym wielu weteranów Experten. Mimo iż straty Amerykańskie też były olbrzymie to rozkręcił się już pas transmisyjny Amerykańskiego przemysłu i szkolnictwa. Co chwila lądowały nowe Fortece przeprowadzane lotem ze Stanów przez nowo wyszkolone załogi. Powstawały nowe grupy bombowe podczas kiedy Luftwaffe zaczynało brakować instruktorów, paliwa do szkolnictwa, wyszkolonych pilotów i maszyn.

W tym czasie załoga Feather Merchant wykonuje ponad 15 lotów. 6 Marca wykonują pierwszy lot nad Berlin. To wówczas Goering po raz pierwszy zobaczył myśliwce nad swoją stolicą i przyznał że moment ten przekonał go o przegranej wojnie. Natępna wizyta nad stolicę Rzeszy jest bardzo pamiętna dla Feather Merchant. Otóż 22go Marca w czasie nalotu na cel, wyżej położona Grupa Bombowa zrzuca swoje bomby tak niefortunnie że jedna bomba zapalająca trafia w lewe skrzydło Feather Merchant. Co więcej to bomba ta nie przebija skrzydła ale zostaje uwięziona w strukturze skrzydła grożąc wybuchem. Bill z największą ostrożnością powraca do Anglii. Tuaj zostaje zrobione jedyne znane zdjęcie Feather Merchant. Zauważcie że przy maszynie stoi MP, czyli żandarm, pilnujący dostępu do bombowca zanim bomba nie zostanie rozbrojona. Tutaj też dopatrzyłem się że wieżyczka górna Feather Merchant najprawdopodobniej już wcześniej została podmieniona na Olive Drab z innej maszyny.

Mechanicy zabierają się do roboty i już po czterech dniach Bill jest wezwany do oblatania zreperowanej maszyny. Ku jego rozpaczy widzi że lewe skrzydło jest całe w kamuflażu Olive Drab. Po prostu nie było jeszcze wystarczajaco dużo srebrnych fortec aby to z jednej z nich przeszczepić skrzydło. Bill opisuje jak to Feather Merchant od tej pory latał „trochę bokiem” bo zwiększony opór powietrza lewego skrzydła zmuszał pilota do latania w lekkim skręcie.

Tak też postanowiłem przedstawić swoją wizję Feather Marchant, już po dopasowaniu lewego skrzydła po 26 Marca 1944 roku. Nie było nigdy zdjęcia pokazującego nazwę i godło maszyny. Z opisów Bill’a i korespondencji z Chris’em, historykiem 447 Grupy Bombowej wiadomy jest numer seryjny i litera wywoławcza „C” na ogonie. Bill opisywał że załoga zdecydowała się na Donalda Ducka w Zoot Suit i umieścił nawet czarno białe zdjęcie ich inspiracji do godła Feather Merchant.

Co ciekawe to na okładce ksiązki figuruje maszyna o podobnym wyglądzie i zbliżonym numerze seryjnym. Niestety jest to maszyna w oznakowaniach z wiosny 1945 roku a więc prawie rok po tym jak Bill i jego załoga ukończyli swoją turę operacyjną. A co ciekawe to tura ta się wydłużyła z 25 do 30 lotów. Po przejęciu władzy przez Dolittle wydłużył on turę najpierw do 30 a po inwazji D Day do 35 lotów. Bill i jego załoga swój ostatni lot bojowy wyłaśnie wykonali 6go Czerwca a więc załapali się jeszcze na końcówkę 30to operacyjnej tury bojowej i nie musieli wykonywać dodatkowych pięciu lotów.

Sam Feather Merchant nie doczekał inwazji. Dosyć zagadkowo Bill pisze że Feather Merchnat po prostu skończył na 25tej swojej misji bojowej. Nie został zestrzelony i nie wykluczone że jego części poszły na wyposażenie innych maszyn latających nad III Rzeszę. Ostatnie parę lotów załoga wylatała na maszynie której ostatnie trzy cyfry były „530” a więc Quitting Time, a po naszemu Fajrant. Tak też nazwali ostatnią maszynę na której latali.

Poza normalnymi misjami bombowymi załoga Feather Merchant wysyłana była także czasami na misje Batseye. Było to wczesne, ranne rozpoznanie pogody nad kontynentem i przesłanie meldunku do Angli tak aby podjąć ostateczną decyzję o przeprowadzeniu misji bojowej bądź jej odwołania. Na jednej z takich misji 25go Kwietnia 1944 w czasie powrotu do bazy Feather Merchant został uchwycony w stożek Brytyjskich reflektorów. W tymże stożku górny strzelec zauważył dokładnie kilka tysięcy stóp powyżej ich bombowca Niemieckiego Ju 88. Górny strzelec odtworzył do niego ogień uszkadzając jeden z silników ale niestety artyleria przeciwlotnicza otworzyła tak dużą zaporę ogniową do Niemca że Bill musiał szybko uciekać im z drogi aby samemu nie zostać zetrzelonym.

Bill zawsze był dumny ze swojej załogi a szczególnie z nawigatora i bombardiera. Niestety po tym jak w jednym z pierwszych lotów byli świadkami śmierci swojego dowódcy dywizjonu nad zagłebiem Ruhry to pozycja ta została wypełniona przez Majora-karierowicza, który sam latał mało a mądrzył się dużo. Był tak marnym pilotem że jego własna załoga nie chciała z nim latać. Sam Major miał parę konfrontacji z Billem gdy ten go opieprzył za złe prowadzenie grupy. Otóż sztuka dowodzenia boxem bojowym latających fortec polega na bardzo łagodnym operowaniu gazem i wolantem. Nadmierne zmiany szybkości i nagłe manwery rozciągają grupę tak że ciężko im stworzyć zgraną formację – całość obronną przeciwko myśliwcom Luftwaffe. Podczas jednego z takich powrotów Major leciał w Feather Merchant z załogą Bill’a. Nieustannie „wiercił się” rozciągając grupę i powodując frustrację fortec lecących za nimi. Bill w końcu nie wytrzymał i jako dowódca załogi rozkazał górnemu strzelcowi wyciągnięcie Majora z prawego fotela i trzymanie pod pistoletem podczas kiedy Bill swoim spokojnym lotem dopiero „pozbierał grupę” do kupy i tak powróciła do Angli nie nękana przez Luftwaffe. Po wylądowaniu Major zagroził Bill’owi sądem wojennym ale ten dobrze wiedział że musiał by to być proces publiczny gdzie liczni świadkowie nie pozostawiliby suchej nitki na Majorze. Ten jednak w ten sposób się odgryzl że obiecał mu wstrzymać jego awans na kapitana a co najgorsze obiecał mu zabrać mu jego nawigatora i bombardiera. Ku rozpaczy Billa już następnej misji do Zwickau 12go Maja 1944. Zwickau była jedną z, jeśli nie najbardziej niebezpieczną misją Feather Merchant. Zniszczenie rafinerii w Zwickau miało bezpośedni wypływ na „wyschnięcie” zasobów paliwowych Luftwaffe w większym stopniu niż każda inna misja. Tak twierdzi sam Adolf Galland. Don Carlee i Bill Wilson zostali przydzieleni do załogi porucznika Larsona gdzie w prawym fotelu siedział Major Brown dowodzący całą grupą bombową tego dnia. Aby uzupełnić poniżenie Bill’a to jego Feather Merchant został wyznaczony na rolę skrzydłowego, lecącego zaraz za dowódczą fortecą. Bill pocieszał się że przynajmniej jego wyśmienity nawigator i bombardier będą mogli wykonywać swoje funkcje prowadzenia całego combat box. Otóż w połowie 1944 roku to większość tak misternie wyszkolonych bombardierów ograniczała się jedynie do roli patrzenia na dowódczą fortecę i zwalniania bomb w tym samym momencie co ona. Podobnie, nawigatorzy pozostałych fortec zaczynali zaniedbywać szczegółową nawigację i po prostu lecieli za dowódcą. Don Carlee i Bill Wilson zawsze narzekali że ich wyszkolenie poszło na darmo bo są tylko pasażerami i jedynie w paru misjach kiedy dane im było przejęcie dowództwa dywizjonu bądź grupy mogli się wykazać swoimi umiejętnościami. Tym razem Luftwaffe spotyka ich w dużych liczbach. Dzielne myśliwce eskorty P47 stawiają czoła ale kolejno zmuszone są do przedwczesnych powrotów. Musiały wyrzucić dodatkowe zbiorniki. Około południa nad centralną Rzeszą pozostają już tylko cztery Thunderbolty. Przed formacją fortec cała grupa Luftwaffe, około 40 maszyn przygotowuje się do ataku czołowego. Cztery dzielne Thunderbolty lecą im na wprost nie zważając na zmasowany ogień własnych fotec. Mimo to niemiecka Gruppen przypuszcza atak. Jest druzgocący. Z sześciu maszyn pierwszego eszelonu trzy zostają trafione od razu. W tym forteca Majora Brown z Donem i Billem. Bill i jego załoga patrzy zrozpaczona jak pociski niemieckich Stormbock rozrywają się w kabinie i silnikach dowódczej fortecy. Powoli z pożarem w kabinie i dwoma silnikami zniszczonymi forteca wypada z szyku i spada w kierunku ziemi. Bill przejmuje dowództwo grupy. „C for Charlie taking over lead, tighten up formation” mówi Bill i pozostałe fortece wypełniają luki pozostawione przez zestrzelone maszyny. I tak dolatują nad cel. Tuż przed bombrun niemcy ponownie zbierają się do frontowego ataku ale tym razem następne, świeże grupy myśliwskie P 51 i Ligthningów rozbijają ich szyki wiążąc ich walką. Bill zawsze wspominał ten widok „pięknych P38” które zajęły się FW 190 i nie doprowadziły do drugiego szturmu.

Po powrocie do bazy uszkodzenia Feather Merchant okazały się tak duże że została odsunięta od czynnej służby i użyta na części zamienne. Była to jej 25 misja.

Wieczorem Bill był jeszcze świadkiem ostatniego smutnego procederu, kiedy to do ich baraku przyszli tzw. „grabaże”, których zadaniem było posprzątać wszystkie rzeczy po nawigatorze Don Carlee i bombardierze Bill Wilson tak żeby ich widok nie demoralizował tych co powrócili. Dwa puste łóżka czekały na następnych lotników z uzupełnienia. Byłą to najgorsza noc dla Billa. W jednym dniu stracił dwóch najlepszych przyjaciół i swój ulubiony bombowiec. Do końca życia czuł się winnym za to że swoją postawą wobec Majora Brown, doprowadził do śmierci swoich przyjaciół. Była to 27 misja Bill’a i pozostałe trzy wykonał na nowo przydzielonej maszynie z numerem 530 o której pisałem powyżej.

W książce przeplata się też wątek miłosny pomiędzy Billem i piękną panią porucznik, dowódcą Londyńskiej jednostki balonowej, ale że to nie jest związane z moim modelem pozwolę sobie wątek ten pominąć dyplomatycznym milczeniem.

Po wykonaniu ostatniej misji załoga powraca do Stanów gdzie przez parę miesięcy Bill jest wykorzystywany w szkolnictwie ale wkrótce zostaje zdemobilizowany i wtapia się z powrotem w beziminenną rzeszę cywilów. Nie pisze o swoim powojennym życiu, nie udziela się wśróg grup weteranów i jedynie projekt napisania tej książki przywraca w nim pamięc tych pamiętnych sześciu miesięcy 1944 roku, kiedy to latał Feather Merchant.

I tak kończy się historia Bill Greenwell i unikalnej maszyny, która zainspirowała mój projekt modelarski.

Teraz trochę o budowaniu, ale ostrzegam ponosi mnie czasami w sfery lotniczo wspomnieniowe!

Może najpierw o samym modelu. Otóż jego pudełko oglądałem w swoim lokalnym klubie modelarskim regularnie co dwa tygodnie w czasie spotkań mojego klubu IPMS. Spotykamy się w sklepie modelarskim i tak to regularnie co dwa tygodnie go odwiedzałem na tej samej półce. Najpierw na półce “nowości” a potem oddelegowany do zwykłych półek wśród innych pudełek.

Mam lekkie “wychylenie modelarskie” w kierunku wielosilnikowców i przynajmniej raz na rok obiecuję sobie zrobić jakiegoś. W zeszłym roku był B29, dwa lata temu dwa B 24, przed tem jeszcze Fw 200. Niestety do tej pory amerykańskie czterosilnikowce praktycznie były z jednej firmy. Monogram i potem przepaki Revell. Jest to stareńka technologia z lat 70tych “odgrzewana” co dekadę przez wydanie nowych pudełek i nowych kalkomanii ale same modele dużo pozostawiają do życzenia. Przede wszystkim mają wypukłe linie podziału i dosyć toporne, grube elementy wyposażenia. Najgorsze są w nich oszklenia i wieże strzeleckie. Są grube, toporne i bardzo,bardzo prymitywne.

Model HK tutaj na łeb i szyję bije swojego poprzednika z Revell/Monogram. Przede wszystkim jest pięknie zdetalizowany na wszystkich powierzchniach. Piękne, delikatne linie podziału blach i tysiące delikatnych nitów. Do tego jest tak mądrze technologicznie opracowany że od razu wiadomo że będą dostępne wszystkie wersje tego bombowca od wczesnych F ( a może i nawet E ) aż po “późne G”. A przy tym oczywiście jest dużo łatwiej sklejalny.

Feather Merchant jest jednym z “wczesnych G”, czyli miał już wieżyczkę strzelecką pod brodą, miał już pokryte stanowiska strzeleckie dla “waist gunners” ale była to jeszcze wczesna wersja tych stanowisk i były jeszcze symetryczne a nie “Staggered” tak jak w późniejszych wersjach. Tylne stanowisko strzeleckie Feather Merchant jest też starego typu z malutkimi okienkami a nie typu “Cheyenne” z dużym panoramicznym oszkleniem jak w późniejszych wersjach G.

Extra, Extra!…właśnie HK ogłosiła wypuszczenie następnego B17 z serii 1/48 i jest on w wersji F, czyli drugiej najbardziej popularnej wersji tego bombowca, z lat 1942-43, kiedy to jeszcze latały bez eskorty myśliwców. Odważni ludzie na nich latli, nie ma to tamto. Od razu wiem że na pewno też takiego będę robił ale o tym kiedy indziej. Nie mogłem wytrzymać i go kupiłem. Po trzech dniach przyszedł i teraz mam następną fortecę do której będę wzdychac aż jej nie zrobię…ale to już będzie zupełnie inna historia.

Wracając do modelu HK. Bardzo przyjaznym dla modelarza jest to że można pracować nad detalami środka kadłuba w sekcjach. W przeciwieństwie do Revell/Monogram nie trzeba wypatrosić absolutnie wszystkie detale wnętrza, powtykać wieżyczki, po to żeby wszystko razem potem skelić do kupy. Tutaj jest dużo mądrzej ta sprawa rozwiązana. Przede wszystkim mamy trzy sekcje. Dziób, który będąc oddzielnym daje możliwośc zrobienia paru wersji. Część środkową od kokpitu aż do ogona. Część ta jest tak opracowana że składa się z dwóch połówek i “dachu”. I na koniec jest cześć stanowiska tylnego, która też wskazuje że będą inne wersje tego bombowca, między innymi ta z “Cheyenne turret”.

Do tego wszystkiego to wieżyczki górna i dolna są sklejane oddzielnie i potem tylko wsuwane od góry i dołu do kadłuba.

Zacząłem od kokpitu. Wolanty były trochę za grube wiec dorobiłem własne z druciku, dałem swoje manetki gazu wszystkich czterech motorów ( te musiałem potem odłamywać i przyklejac na nowo bo przez pomyłkę przykleiłem je w pozycji “full power” ) Dokupiłem tablicę Look, która sporo daje detalu w kabinie pilotów, ale wiem że w następnej fortecy wszystko to sobie daruję z racji takiej że tego po prostu nie widać po zamknięciu kadłuba.

Full Power On!…jeszcze przed przesunięciem ich do dolnego położenia manetek.

W czasie tej budowy starałem się uwieczniać na zdjęciach poszczególne etapy wiedząc że potem ciężko by było cokolwiek dojrzeć przez malutkie szybki.

Po kokpicie przyszedł czas na kabinę radio. Radiocie dorobiłem stoliczek, a także słuchawki i mikrofon jak sobie przypomniałem że to też była część wyposażenia.

Halo, Halo brzoza, czy mnie słyszysz?

Potem przyszła kolej na stanowiska strzeleckie strzelców bocznych, I tutaj trochę utknąłem bo patrząc na bogatą dokumentację widzę że amunicja do tych i innych karabinów nie była w formie luźnych, wiszących pasów nabojów. Były to swojeo rodzaju ciągi amunicyjne którymi posuwały się taśmy amunicyjne z boxów aż do karabinów .5 calowych. Aby to osiągnąć użyłem taśmy aluminiowej samoprzylepnej z jednej strony, z której wyciąłem cieniutkie paski i przykleiłem je po obu stronach taśm amunicyjnych Eduarda. Tak dopiero spreparowane ciągi amunicyjne połączyłem od karabinu do skrzynki amunicji.

Następny dylemat to był kolor wnętrza. Feather Merchant był jednym z pierwszych maszyn produkowanych bez kamuflażu więc powstrzymałem się przed pomalowaniem wszystkiego Dull Green a jedynie ograniczyłem się do kabiny pilotów. Reszta pozostała NMF. Trochę mylące tutaj jest porównywanie maszyn do dzisiaj latających. Są one obiektami muzealnymi i przez to muszą być jak najlepiej utrzymywane a zabezpieczenie aluminum przynajmniej wewnątrz zawsze trochę pomaga. Tak więc zauważyłem że dzisiejsze latające fortece prawie wszystkie mają Dull Green wnętrza ale te zdjęcia z czasów wojny pokazują je wyraźnie bez kolorów wnętrza z wyjątkiem kabiny pilotów. Po prostu nie były robione na długie lata, przeciętnie forteca w Europie latała parę miesięcy przed zestrzeleniem albo rozebraniem na części.

Acha, jeszcze o spadochronach. Pomyślałem sobie że dorobię ich dziesiątkę i porozmieszczam po bombowcu mniej więcej tak jak by były rozmieszczone przed zajęciem miejsca przez załogę. Prawie zaden członek załogi nie miał założonego spadochronu ale były one tak rozmieszczane że łatwo było po nie sięgnąć “w razie czego”. Przeważnie był też spadochron zapasowy. Ja spadochrony zrobiłem seryjnie.

trochę miliputu, taśmy, klamerka i drucik i jest spadochronów dziesięć

Dalej była sprawa chodników. Na zdjęciach odrestaurowanych fortec często widzi się je pociągnięte czarnym materiałem “przeciw poślizgowym” i tak też zrobiłem w kabinie pilotów i sekcji radio. Wszędzie indziej jednak była zwykła, drewniana sklejka. Tak samo było ze skrzynkami na amunicję. Wszystkie były drewniane z wyjątkiem tych przenośnych.

Potem przyszła kolej na wieżyczki strzeleckie. Zacząłem od najtrudniejszej, czyli Ball Turett. Tak się złożyło że akurat w czasie klejenia tego modelu przeczytałem dwie ciekawe książki-wspomnienia dwóch strzelców tych właśnie stanowisk. Było to najbardziej niebezpieczne stanowisko i to właśnie strzelcy ball turrett ginęli najwięcej ze wszystkich stanowisk w bombowcu B 17.

Dla dalszych opisów pozwolę sobie luźno przetłumaczyć “ball turrett gunner” na nasz jako strzelec kulisty, fajnie nieprawdaż? Otóż czy wiecie jaka była procedura wyskakiwania ze spadochronem strzelców kulistych?

Przede wszystkim to strzelec taki mógł wyjśc ze swojej wieżyczki jedynie wtedy kiedy karabiny były skierowane prosto w dół tak żeby drzwiczki z tyłu kabiny pokryły się z otworem w kadłubie. Po takim ustawieniu otwierał on drzwiczki i dopiero mógł wychodzić do kadłuba. Stanowisko to było tak ciasne że na strzelców kulistych brano jedynie bardzo niskich lotników a i tak nie było w kuli wystarczająco dużo miejsca na spadochron. Co więc robił strzelec jak wieżyczka ulegała awarii i nie mogła być elektrycznie kontrolowana? Był system ręcznego sterowania za pomocą korb ale był on na zewnątrz wieżyczki. Za wydostanie strzelca kulistego w razie awarii był odpowiedzialny jeden ze strzelców bocznych, którego odpowiedzialnością było sprawdzać co 10 minut czy wieżyczka jest operacyjna i czy do niej przepływa tlen. Nieraz jednak zdarzało się że awaria bądź uszkodzenia od ataków myśliwców bądź artylerii przeciwlotniczej uniemożliwiała ręczne sterowanie wieżyczką i strzelec pozostawał uwięziony wewnątrz swojej kuli. Wówczas było tylko jedno makabryczne wyjście. Był wewnątrz wieżyczki specjalny klucz, którym strzelec musiał odkręcić osiem śrub zwalniając wieżyczkę od bombowca ale w ten sposób że wypadała wraz z rusztowaniem. Do rusztowania był przymocowany spadochron tak jak na zdjęciu moich detali. Otóż strzelec ten po odkręceniu wieżyczki miał otworzyć drzwiczki z tylu kuli, wyleźć na zewnątrz, sięgnąć po spadochron, założyć go na plecy i dopiero potem odepchnąć się od kuli i otworzyć spadochron. Niezłe co? Wyobraźcie sobie że jeden z bohaterów książek które czytałem był świadkiem takiego właśnie procederu. Trafiona forteca spadała, wszyscy wyskoczyli a ten biedak musiał okręcać te śruby po czym wyleźć na zewnątrz spadającej wieżyczki, i założyć spadochron. I to mu się udało tak że nawet zdążył! Niewielu takich było śmiałków a i ten jeden, kiedy go nasz bohater odwiedził po wojnie skończył “u czubków”. Mimo to strzelcy kuliści byli niesamowicie odwazni latając godzinami podwieszeni pod swoimi bombowcami bez najmniejszej nawet osłony przed Flakiem lub myśliwcami. W razie trafienia mieli najmniejszą szansę na przeżycie. W razie utknięcia w wieżyczce przy lądowaniu awaryjnym bez powozia byli miażdżeni pod ciężarem bombowca. Niewesoły to był los.

I dlatego też pragnę tutaj przytoczyć jeden z najpiękniejszych, moim zdaniem, wierszy właśnie o tych ludziach. Autorem jest Randall Jarrell.

From my mother’s sleep I fell into the State,

And I hunched in its belly till my wet fur froze.

Six miles from earth, loosed from its dream of life,

I woke to black flak and the nightmare fighters.

When I died they washed me out of the turret with a hose.

No dobrze, znowu mnie zniosło na tematy lotniczo-sentymentalne od modelarskich. Powracając do modelu to pozostała wieżyczka przednia no i górna. Przednia była stosunkowo prosta bo nie miała żadnych okienek. Sterowana była takim dziwnym ustrojstwem, coś jak kierownica hulajnogi przez bombardiera. Ja dodałem do niej tylko te “fartuchy” które zasłaniały wnętrze podłużnych wnęk na karabiny.

Górna wieżyczka z kolei była jedynym elementem, którego byłem absolutnie pewien że była w kolorze Olive Drab bo jak byk figuruje na zdjęciu Feather Merchant po powrocie z fatalnej misji na Berlin 22go Marca 1944. Najwyraźniej miała ramki w ciemniejszym kolorze, którym mógł być tylko Oliwkowego Draba. Najwyraźniej została przeniesiona i dopasowana jeszcze wcześniej z innego bombowca podobnie jak skrzydło później.

Do wszystkich stanowisk strzeleckich i wieżyczek powtykałem plastikowe działka z zestawu z zamiarem wymiany ich na koniec na świetne metalowe karabiny zestawu Model Master właśnie do B 17. Chciałem to zrobić dopiero na koniec a żeby trzymać odpowiednie kąty i kierunki musiałem coś tam tymczasowo wetknąć co widać na zdjęciach wieżyczek.

Acha, na zdjęciu lewej połówki kadłuba zobaczycie coś co łudząco przypomina wiadro. Otóż nie mylicie się, to jest wiadro, takie same jakim się wodę ze studni przynosiło. Po co wiadro w B 17? No cóż, w przeciwieństwie do brytyjskich bombowców to w B 17 nie było żadnego urządzenia-wychodka. Te sprawy były załatwiane najczęściej przez otwieranie drzwi bombowych i olewanie III Rzeszy, albo, kiedy było gorąco i nie można sobie było na takie wygody pozwolić to używało się opróżnione skrzynki amunicyjne. Tak zapełnioną skrzynkę wywalało się przez otwarte boczne stanowisko strzeleckie prosto na głowy Niemców. Otóż w wersji G okno boczne nie było już otwarte i problem się komplikował. Ponieważ z racji eskorty myśliwców coraz rzadziej była okazja do opróżniania dodatkowych skrzynek amunicji to powstała potrzeba improwizacji innego pojemnika i stąd wiadro.

Na koniec było stanowisko tylne strzelca. Jest ono w jednym kawałku sklejane do kupy i potem wsuwane od tyłu do kadłuba. A potem doklejana jest sama końcówka z odpowiednią wieżyczką i oszkleniem.

Doszedłem do malowania. Od wielu lat jestem sporym entuzjastą produktów Alclad i tak też w tym przypadku sięgnąłem po ich metalizery. Aby fajnie wyszły, zwłaszcza na jasnym podkładzie jasno szarego plastiku postarałem się psiknąć warstwę Alclad Gloss Black Primer. Czyli po prostu czarny, świecący podkład. Jedno czego nie cierpię to jak ten czarny podkład piekielnie wolno wysycha. Nakładałem chyba z pięć cieniutkich warstw a i tak musiałem czekać minimum dwa dni pomiędzy warstwami.

Przez ten czas pracowałem nad silnikami i podwoziem. A propos silników to pokusiłem się o minimalne dodanie paru kabelków i paru elementów. Same silniki z zestawu są zupełnie przyzwoite i jeśli nie planuje się otwierać bocznych paneli naceli silnikowych to w zupłności wystarczają.

Z podwoziem jest podobnie. Pokusiłem się o dodanie paru linek hamulcowych które wykukałem na licznych zdjęciach online.

Wnęki podwozia również były w innych kolorach i musiałem je sobie dobrze oznaczyć żeby się nie kropnąć i żeby mi się lewy z prawym nie pomyliły.

Skrzydło w kamflażu było dużo prostsze. Trochę cieniowania i tylko dwie warstwy Neutral Gray i Olive Drab. Zależało mi bardzo żeby był kontrast pomiędzy w końcu stosunkowo nowym bombowcem i mocno styranym skrzydłem, które na pewno miało ładne parę miesięcy więcej ślużby.

Tak więc postarałem się o trochę zacieków a i zdecydowanie bardziej widoczne okopcenia od rur wydechowych. Na farbie matowej dużo szybciej takie okopcenia się robiły. Tutaj trochę czasu mi zajęło przestudiować dokładne wzory tychże okopceń bo były trochę “wbrew-intuicyjne” Otóż na górze wyraźnie jakby krzyżowały się za silnikami a z czterech otworów w skrzydle wychodziły stosunkowo równolegle do lotu.

W przypadku skrzydła w kamuflażu postarałem się też o godło malowane a nie z kalkomanii tak żeby uchwycić trochę efekt cieniowania pod tym godłem. Litera K w kwadracie była oznakowaniem 447 grupy bombowej i dzięki pomocy kolegom z PME dostałem piękną maskę, którą wykorzystałem na ogonie i skrzydłach.

Jak w końcu mi wyschły wszystkie warstwy podkładu to pomalowałem kadłub, ogon i prawe skrzydło Alcladem “Polished Aluminum”. Dwie cienkie warstwy wystarczyły. Postarałem się o delikatnie inny odcień tegoż koloru na górnych panelach skrzydeł ale zrobiłem to tak “delikatnie” że nic z tego nie widać. Jedynie panel po obu stronach nosa bombowca w których było okienko z karabinem maszynowym było wyraźnie innego odcienia. Do tego użyłem koloru “duraluminum” też oczywiście ze stajni Alclada.

Acha, lotki na skrzydłach, ogonie i sterach poziomych na ogonie są jaśniejsze i mniej “świecące” bo je zamaskowałem i nie psikałem na nich czarnego podkładu tak że psikany Alclad mimo iż ten sam kolor co na reszcie bombowca wygląda trochę bardziej matowo bo po prostu jest psikany na podkład jasno szarego plastiku. Te powierzchnie kontolne zawsze były trochę innego odcienia co widać na zdjęciach srebrzystych fortec.

Bombowiec jest tak wielki że z doświadcznia od razu zdecydowałem że malowanie kadłuba i skrzydeł będzie oddzielne. Po prostu cała bryła była za duża i za ciężka żeby ją wywijać w mojej skromnej “skrzynce malowniczej”. Trochę się obawiałem jak to wszystko będzie potem pasować. Z doświadczenia pamiętam pasowanie skrzydeł do Liberatora Revell’a. Nie było to przyjemne i sporo mnie nerwów kosztowało zanim się zlepiło w końcu. W tym przypadku wszystkie obawy były niepotrzebne. HK ma fantastyczny system zawiasów, dzięki którym skrzydła nie tylko idealnie pasują bez najmniejszej szczeliny to jeszcze w ogóle nie potrzeba do nich kleju i praktycznie to mógłbym z powrotem te skrzydła oddzielić do tansportu czy innego głupiego powodu. Otóż skrzydło przystawia się do kadłuba tak mniej więcej centymetr do przodu przed końcowym położeniem. Wciska się je do środka po czym przesuwa do tyłu. Przesuwając się skrzydła przylegają do kadłuba idealnie tak że jak już osiągną swoje zamierzone położenie to umocowanie jest tak stabilne że nie ma mowy o jakiś luzach na łączach. Super system!

pierwszy raz razem, skrzyda z kadlubem!

Kalkomanie robione wyłącznie w oparciu o opisy Billa Greenwell’a z jego książki. Była tam czarno biała ilustracja Donalda Duck w Zoot Suit i na taką też się zdecydowałem. Malowana była przez moją córeczkę jako że mój Donald Duck podobny by był do potwora więc nawet nie próbowałem. Kosztowało mnie to zestaw farb i kredek, bo córka jest na kierunku artystyczno-medycznym. Daj Boże dziecku, niech się krztałci a przy okazji tacie to i owo na samoloty namaluje. Napis Feather Merchant już sam wywinąłem.

Acha jeszcze jest tzw. “Rivet Dillemma”. Jak widać na modelu jest tysiące maleńkich detali nitów. Czy bawić się w zaakcentowanie ich wszystkich jakimś wash? To by zajęło pare miesięcy i na pewno z moją cierpliwością bym to sknocił i zmarnował tyle wysiłku i dobry w miare model. Tak więc dałem tylko minimum tam gdzie się wręcz prosiło ale te tysiące maleńkich nitów pozostawiłem samym sobie. Przy tej skali i tym detalu moim zdaniem są dosyć dobrze widoczne.

W podsumowaniu to B17HK jest zdecydowanie najlepszym modelem cztero silnikowca na rynku w skali 1:48. Oczekuję niecierpliwie na następne a tak szczerze to następne pudłko przyszło w czasie pisania tego artykułu.

Pewnie tak dłużej niż rok nie wytrzymam żeby go nie zrobić. Stay tuned.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •