Artukuły historyczne

Stanisław Brzeski, najskuteczniejszy as „Wilniuków’

Dywizjon 303 po raz drugi

Zielona Irlandia

Pod koniec grudnia 1943 Stanisław Brzeski otrzymał promocję na stopień kapitana (Flight Lieutenant) i 28 grudnia został przeniesiony do dywizjonu 303, który od półtora miesiąca odzyskiwał siły w Ballyhalbert w Irlandii Północnej jako dywizjon Fighter Command nie wcielony do 2 TAF. Fighter Command stał się formacją obrony powietrznej kraju i w 1944 roku otrzyma starą przedwojenną nazwę Air Defence of Great Britain.

Dowódcą dywizjonu 303 był S/Ldr Tadeusz Koc, z którym Brzeski wykonał dziesiątki lotów w ofensywie nad Kanałem w 1941 i 1942 roku w dywizjonie 317. W związku z tym, że Ballyhalbert było daleko od jakichkolwiek działań powietrznych, “Kościuszkowcy” wrócili do latania na starych Spitfirach Mk.Vb i Vc odziedziczonych po poprzednim lokatorze w Ballyhalbert, dywizjonie 315. Dla Brzeskiego Irlandia Północna była dobrze znana, bo to tam odbywał staż w w 245 dywizjonie w końcu 1940 roku. Żadną nowością nie były też rodzaje misji, które “trzysta trzeci” tam wykonywał. Były to patrole nad konwojami, loty lokalne, poderwanie do przechwycenia wywołane alarmami stacji radarowych, lub ćwiczeniami. To z kolei wyglądało dokładnie tak, jak jego służba u Wilniuków w 1941 roku. Tu jednak nie było nawet nadziei na spotkanie w powietrzu jakiegokolwiek wroga.

30 stycznia 1944 roku dotychczasowy dowódca Eskadry B w dywizjonie, przyszły pisarz F/Lt Bohdan Arct, został przeniesiony do kwatery głównej Fighter Command. Stanisław Brzeski został powołany na jego miejsce. Mimo jego wielkiego doświadczenia dopiero teraz Brzeski otrzymał stanowisko dowódcze.

27 kwietnia 1944 dywizjon 303 zaczął się pakować i przygotowywać do przenosin z powrotem do południowej Anglii. Korzystając z różnych środków transportu “Kościuszkowcy” dotarli w ciągu kilku dni na lotnisko Horne na południe od Londyn. Choć może słowo lotnisko byłoby tu lekkim nadużyciem i bardziej pasowałoby słowo “lądowisko”. Sami Brytyjczycy określali Horne jako “Advance Landing Ground”, z kwatery w namiotach tylko podkreślały “wakacyjny” charakter nowej bazy. Choć formalnie dywizjon miał pozostać w składzie Fighter Command, miał on zapewniać wsparcie dla sił inwazyjnych. W Horne nie było żadnego innego polskiego dywizjonu. Kościuszkowcy mieli tam działać razem z brytyjskim 130 “Punjab” Squadron. Ku rozczarowaniu Polaków nie dostali oni Spitfirów IX. Musieli dalej przez dwa miesiące latać na Spitfirach Mk.Vb i Mk.Vc 

28 kwietnia 1944 – pożegnanie z Ballyhalbert. Dowódca “trzysta trzeciego” S/Ldr Tadeusz Koc (po lewej) z delegacją dowódców eskadr żegna się z dowódcą bazy Ballyhalbert G/C Williamem A. Richardsonem (po prawej). Z tyłu stoją F/Lt Stanisław Brzeski, dowódca eskadry B i F/Lt Bruno Kudrewicz, dowódca eskadry A. W tle Spitfire Mk.Vb AD317 RF-J. Zwraca uwagę kombinacja wczesnego wiatrochronu z zewnętrzną szybą pancerną i w pełni przetłoczonej limuzynki nowego typu uzupełnionych okrągłym lusterkiem znanym bardziej ze Spitfirów Mk.IX.
[Źródło: Peter Sikora “Polish Air Force Fighter Aircraft 1943-1945,on the Offensive, D-Day and Victory in Europe”, wydawnictwo Pen & Sword Books Limited]

Przygotowania do inwazji

2 maja 1944 “Kościuszkowcy” wykonali pierwszy lot ofensywny po “irlandzkich wakacjach”. Była to operacja Ramrod 822. W tym celu przelecieli do Manston, skąd o 15:10 wystartowali kierując się ku wybrzeżom Belgii. Stanisław Brzeski dowodził w tym locie eskadrą B. O 15:35 Polacy dołączyli do formacji 72 Bostonów. Bombowce zaatakowały cele między Tournai i Enghien w Belgii. Luftwaffe nie zareagowała, ale Polacy raportowali silny ogień obrony przeciwlotniczej w okolicach Ostendy.

W kolejnych dniach  “Kościuszkowców” czekało coś nowego. Tego dnia Polacy osłaniali z powietrza manewry Fabius, które polegały na ćwiczebnym lądowaniu różnych jednostek armii amerykańskiej, brytyjskiej i kanadyjskiej w różnych miejscach na wybrzeżach Anglii. Testowano zarówno samo lądowanie, jak i organizację zaopatrzenia na przyczółki. 4 maja, w ramach manewrów Fabius 1, dywizjon 303 osłaniał na niskiej wysokości lądowanie 1 i 29 dywizji piechoty US Army na plażach Slapton. Brzeski dowodził w tym locie swoją eskadrą. 5 maja “Kościuszkowcy” znowu patrolowali nad tymi dywizjami zapewniając im wsparcie podczas “działań lądowych” i organizacji dostaw zapasów z morza. Tego dnia Brzeski wziął udział w dwóch takich lotach. Ale po nich do 15 maja będzie miał przerwę w lataniu.

7 maja 1944 Spitfiry “Kościuszkowców” osłaniały 6 Mitchelli bombardujących stację przeładunkową i dworzec kolejowy 10 mil na południowy wschód od Neufchâtel. Była to operacja Ramrod 841.

9 maja 1944 w ramach Ramrod 345 jedenaście Spitfirów z “trzysta trzeciego” patrolowało między Ypres, Brukselą, Lille i St. Omer, zabezpieczając teren dla wyprawy bombowej.

10 maja 1944 wieczorem “Kościuszkowcy” wystartowali, aby zapewnić bezpośrednią osłonę 18 Mitchellom atakującym Vaelnciennes. Był to Ramrod 864. Widoczność była tak zła, że w powietrzu doszło do niemałego zamieszania. Polacy przez dłuższy czas nie mogli znaleźć bombowców. Nawiązali z nimi kontakt dopiero nieopodal wybrzeża Francji. Tam jednak bombowcami zaopiekowały się też amerykańskie P-38 i P-47, bo ich piloci pomylili Brytyjczyków z wyprawą własnych bombowców, które mieli osłaniać. Finalnie z misji i tak nic nie wyszło, bo z powodu całkowitego zachmurzenia nad Francją Mitchelle zawróciły nie zrzucając bomb.

11 maja 1944 rano dywizjon 303 wziął udział w operacji Ramrod 866 i zapewniał bliską eskortę 24 Mitchellom bombardującym Douai. Lot wykonano z Manston.

11 maja 1944 po południu w ramach Ramrod 870 “trzysta trzeci” powrócił nad Douai, gdzie patrolowano przez kilkadziesiąt minut. I ten lot przeprowadzono z Manston.

12 maja 1944 wieczorem “Kościuszkowcy” wykonali w ramach operacji Ramrod 879 wymiatanie nad Cayeux, Amiens, St. Pol i Le Touquet.

13 maja 1944 rano powtórzyli podobną misję, ale nad Furnes, Lille, Audenarde, na południe od Cambrai i na wschód od Arras. Było to wsparcie dla Ramrod 880.

15 maja 1944 Brzeski wrócił do lotów bojowych. Najpierw o świcie poprowadził klucz Spitfirów do patrolu nad Solent, a potem o 8:50 z całym dywizjonem wystartował do operacji Ramrod 889, w której Polacy wraz z Brytyjczykami ze 130 dywizjonu zapewniali bezpośrednią eskortę wyprawie bombowej.

19 maja 1944 Brzeski wziął udział w operacji Ramrod 897. Wieczorem o 19:10 dywizjon 303 pod dowództwem S/Ldr Tadeusza Koca wystartował do wymiatania wspierającego nalot MItchelli na Houlgate w rejonie Caen.

Za kratkami

21 maja 1944 rano RAF wysłał wiele dywizjonów Spitfirów na ataki na system transportowy we Francji. Prowadzony przez S/Ldr Tadeusza Koca dywizjon 303 przeleciał do Manston i o 9:50 wystartował do lotu nad Francję – operacji Ramrod 905. Polacy mieli wymiatać obszar od Berck-Sur-Mer, Marle, Beaumont, po Boulogne atakując interesujące cele naziemne. Koło Valencienne “Kościuszkowcy” zaatakowali dwa zbiorniki, w Bethune ostrzelali fabrykę, w Dounai stację radarową i lotnisko, koło Cambrai inne cele w terenie. Koło Villiers dywizjon 303 wpadł w silny ogień artylerii przeciwlotniczej. Spitfire F/Sgt Wiktora Kempki został celnie trafiony i Polak wylądował przymusowo koło Villiers. Koło Abbeville Spitfiry znowu dostały się pod silny ostrzał z ziemi. Tym razem oberwał Spitfire Stanisława Brzeskiego. Pilot musiał lądować na brzuchu.

W zbiorach Christine Stean, jednej z córek Stanisława Brzeskiego, można znaleźć wspomnienia Brzeskiego spisane już po jego przejściu na emeryturę:

“Mój Spitfire spoczął na polu blisko skraju małego lasu. Kilkaset metrów dalej widziałem małą francuską wioskę, z której około 20 lub 30 Niemców z karabinami poruszało się w moim kierunku. Jak wystrzelony opuściłem kokpit i w ciągu kilku sekund byłem w lesie, zdejmując moją żółtą Mae West, która już przyciągnęła jedną lub dwie źle wycelowane kule. Po wyjęciu zestawu ucieczkowego ukryłem Mae West w dziurze, przykryłem ją martwymi liśćmi i pobiegłem do lasu, szukając prawdopodobnego miejsca do ukrycia się. Spojrzałem na kilka drzew, ale były zbyt małe, by ukryć człowieka i skierowałem się w stronę najgęstszych krzaków jakie mogłem znaleźć. Zdałem sobie sprawę, że dotarłem do prostej głównej drogi. Rowy po obu stronach były porośnięte gęstym poszyciem i krzakami jeżyn. Zatrzymałem się, by złapać oddech i zdecydować, co dalej.

Nagle zdałem sobie sprawę, że na moim mundurze jest krew, pochodząca z kilku skaleczeń na twarzy. Kilka chwil później usłyszałem krzyki i, patrząc na drogę przez gęste gałęzie, zobaczyłem kilku niemieckich żołnierzy pędzących jak szaleni wzdłuż drogi w moim kierunku. Chwilę lub dwie później usłyszałem więcej mężczyzn za mną w lesie, krzyczących i kłócących się po niemiecku. Położyłem się na brzuchu, zachowując ciszę i odmawiając krótką modlitwę do Boga…

Krzyki oddaliły się i wiedziałem, że tym razem mnie nie zauważyli. Po krótkiej inspekcji twarzy palcami (nie miałem przy sobie lusterka) stwierdziłem, że mam trzy rany cięte, małą na nosie i wardze oraz około dwu calową ranę na czole i prawej brwi. Moje prawe oko puchło i zamykało się, ale wciąż widziałem przez nie wystarczająco dobrze, więc nie martwiłem się. Nie mając przy sobie opatrunków pierwszej pomocy, użyłem chusteczki do przyciśnięcia największego skaleczenia, aby powstrzymać krwawienie. W tym czasie grupa poszukiwawcza oddaliła się i wszystko ucichło. Podczołgałem się do krawędzi drogi i spojrzałem w obie strony, by ocenić sytuację. Mały las był przecięty główną drogą na dwie części, a ja ukrywałem się w mniejszej części, którą przeszukiwali Niemcy. Dwóch niemieckich żołnierzy stało około 200 metrów dalej na środku drogi. Tam i wtedy zdecydowałem, że muszę przedostać się przez drogę do większej części lasu, która oferowała lepszą osłonę. Zdjąłem moje lotnicze buty i kiedy dwaj mężczyźni patrzyli w inną stronę, przebiegłem przez drogę w moich białych lotniczych skarpetkach. Nie zostałem zauważony i po chwili lub dwóch na wpół czołgałem się, a na wpół szedłem przez gęste zarośla na skraj lasu, naprzeciwko wioski.

Po mojej lewej stronie, zaledwie 100 metrów dalej, widziałem kilka domów na skraju lasu, z kilkoma szopami i stodołą lub dwiema, ale zasięgu wzroku nie było nikogo. Moją pierwszą reakcją było rzucić się ku nim i ukryć się w jakiejś stodole lub poprosić o pomoc w ukryciu mnie, jeśli byli tam jacyś Francuzi. Wiedziałem jednak, co stałoby się z mieszkańcami, gdybym został tam schwytany, więc postanowiłem poszukać kryjówki w lesie. Okoliczne pola były płaskie, a kukurydza w maju była zbyt niska, by zapewnić mi ochronę przed ciekawskimi spojrzeniami. W ciągu kilku minut znalazłem coś, co wydawało mi się idealną i niepozorną kryjówką, małe zagłębienie w ziemi, ze sporą ilością podszycia. Aby mnie znaleźć, człowiek musiałby zbliżyć się na odległość jednego lub dwóch metrów i uważnie się przyjrzeć. Nie minęło wiele czasu, gdy usłyszałem głosy i odgłosy stóp depczących po zaroślach. Zamarłem w swojej kryjówce i nasłuchiwałem. Mogłem dostrzec linię mężczyzn w znanych niemieckich hełmach i z karabinami w rękach, oddalonych od siebie o około 20 jardów, zbliżających się coraz bardziej. Kiedy byli już całkiem blisko, powoli przesunąłem twarz w dół i pozostałem nieruchomo. Teraz słyszałem ich rozmowę i byłem w stanie wyłapać dziwne niemieckie słowa. Sekundy wydawały się strasznie długie, gdy leżałem bez ruchu, słuchając, jak ciężkie buty łamią suche gałązki pod stopami. Czułem, że są bardzo blisko – może 5 lub 10 metrów ode mnie, a potem głosy i tupot stóp stopniowo oddalały się w kierunku skraju lasu. Znowu uratowany…. Gdybym tylko mógł tak przetrwać do nocy, pomyślałem, nigdy mnie nie znajdą. Ale była dopiero 10.30 rano i było jeszcze wiele godzin światła dziennego. Po 20 minutach, a może nawet więcej, znów dało się słyszeć te same znajome głosy, a linia poszukiwaczy zbliżyła się do mojej kryjówki… ale znów mnie nie znaleziono.

Pozostałem na miejscu przez dłuższy czas, modląc się i myśląc o mojej żonie, która za kilka tygodni spodziewała się naszego pierwszego dziecka… i rozpakowując mój zestaw ucieczkowy, ukryłem małą teczkę, kompas, pieniądze i jedwabną mapę Europy w różnych miejscach mojego battledressu. Wycisnąłem kilka razy krew z chusteczki, przewróciłem się na plecy i pozostałem nieruchomo przez jakiś czas. Krwawienie ustało i poczułem lekki ból nad prawym okiem, gdzie uderzyłem głową w bok kokpitu. Zastanawiałem się, jakie miałem szczęście podczas przymusowego lądowania, które musiałem wykonać bez pasów. Przypomniałem sobie, że widziałem ciężko rannych pilotów, którzy w podobnych okolicznościach lądowali w pełni przypięci pasami. Poszukiwania trwały przez następną godzinę i słyszałem głosy zbliżające się, a następnie zanikające, gdy linia przeszukujących żołnierzy znów się oddaliła. W południe wszystko wokół mnie ucichło, a potem usłyszałem w kierunku drogi głośną komendę lub dwie i kroki żołnierzy maszerujących w kierunku wioski. Niemieccy żołnierze poszli na obiad, więc postanowiłem zrobić to samo i zjadłem kilka tabletek typu „Horlicks” z mojego zestawu ucieczkowego.

Po przerwie ostrożnie przeczołgałem się w kierunku drogi, tylko po to, by odkryć, że jeden niemiecki żołnierz został na straży blisko mnie, a potem zobaczyłem, że cały las jest otoczony przez strażników. Znalazłem się w pułapce i postanowiłem poszukać lepszej kryjówki. Wkrótce zdałem sobie sprawę, że lepiej będzie pozostać na miejscu i poprawić swój kamuflaż. Spodziewałem się, że żołnierze wkrótce wrócą i wznowią poszukiwania. Moje przeczucia okazały się słuszne i około 14:30 usłyszałem znajome odgłosy – maszerujące stopy, okrzyki nakazujące zatrzymanie się, odprawę, a potem odgłosy rozmawiających żołnierzy i ciężkie buty ponownie łamiące suche gałązki, coraz bliżej i bliżej. Serce mi waliło, gdy znów się zbliżyli, ale po raz kolejny mnie ominęli. Widziałem, że tym razem linia przeszukujących żołnierzy była znacznie ciaśniejsza i że nie spieszyli się, sprawdzając każdy krzak i prawdopodobne miejsce, w którym mógłbym się ukryć. Moje modlitwy stały się dość intensywne, ale postanowiłem zaakceptować to, co mnie czeka i przypomniałem sobie jedno z moich ulubionych powiedzeń, że „cierpienie upiększa duszę”, więc byłem w lepszym nastroju, czekając, mając nadzieję i modląc się ponownie.

Po około dwudziestu do trzydziestu minutach ponownie dały się słyszeć odgłosy linii poszukiwaczy i zobaczyłem, wyglądając z mojej kryjówki, jakieś 100 jardów dalej, uśmiechniętą twarz chłopca-żołnierza (miał 18 lat lub mniej), który trzymał karabin obiema rękami, przesuwając bagnetem zarośla. Rozmawiał z towarzyszem, którego nie widziałem. Kiedy zbliżyli się do mnie, odwróciłem twarz, aby ukryć białą skórę, i czekałem, intensywnie nasłuchując, gdy odgłosy stawały się coraz głośniejsze i bliższe. Nagle rozległ się krzyk, gdy jeden z żołnierzy bagnetem odkrył moją kryjówkę. A więc to koniec, pomyślałem, odwróciłem się i usiadłem na ziemi, patrząc na mojego porywacza. Był to niski mężczyzna w wieku około 30 lat, który wyglądał bardziej jak Tatar niż typowy niemiecki żołnierz, ponieważ miał ciemną karnację i łukowate nogi. Ręce mu drżały, gdy celował we mnie z pistoletu, a ja myślałem: „Boże, nie pozwól mu pociągnąć za spust!”. Wyglądał na zdenerwowanego. Jego krzyk sprowadził wielu jego towarzyszy do mojej kryjówki, wszyscy wycelowali we mnie swoje karabiny. Po jakiejś minucie mój porywacz powiedział po niemiecku „Aufstehen” (wstawaj) i „Hande hoch” (ręce do góry). Następnie sierżant obszedł mnie z tyłu, by sprawdzić, czy mam broń, i wyprowadzili mnie na główną drogę, gdzie czekał oficer, by mnie przesłuchać.

Jego pierwsze pytanie było po niemiecku, a ja odpowiedziałem „Ich verstehe nicht Deutsch” (nie rozumiem niemieckiego). Zwrócił się do jednego z młodych żołnierzy, który zapytał mnie po francusku, czy mówię po francusku. Kiedy odpowiedziałem „trochę”, oficer kazał młodemu żołnierzowi zapytać mnie, gdzie jest mój rewolwer. W tym miejscu muszę poinformować czytelnika, że większość pilotów myśliwców nosiła rewolwery, zwykle wepchnięte do butów latających, ponieważ nie było odpowiedniego lub bezpiecznego miejsca na trzymanie go w kokpicie Spitfire’a, ale podczas tego konkretnego lotu nie miałem go przy sobie. Po przedyskutowaniu zalet i wad noszenia rewolweru doszedłem do wniosku, że nie jest to dobry pomysł i że jeśli zostanę zestrzelony, nie będę próbował się stamtąd wydostać.”

Dla całego RAF wypuszczenie chmary Spitfirów z 2 TAF i z ADGB na cele naziemne 21 maja 1944 zakończyło się fatalnie. Flak zebrał wśród nich krwawe żniwo. 9 pilotów zginęło, 9 dostało się do niewoli, 6 zostało zestrzelonych ale uniknęło niewoli. Z dywizjonu 303 do niewoli dostał się Brzeski i Kepka. W dywizjonie 317 ze 131 Polskiego Skrzydła Myśliwskiego w 2 TAF zginął F/Lt Jan Kurowski, którego Spitfire otrzymał bezpośrednie trafienie artylerii przeciwlotniczej nad Abbeville.

Po pojmaniu i przesłuchaniach nasz bohater trafił do niesławnego Stalag Luft III w Żaganiu, gdzie trzy miesiące wcześniej miała miejsce “Wielka Ucieczka”. We wrześniu 1944 z nudów zaczął tam pisać dziennik, w którym rejestrował dzień po dzień różne zdarzenia obozowe, relacje między ludzkie, konflikty. Pod koniec stycznia 1945, gdy do Żagania zbliżały się wojska sowieckie, obóz został ewakuowany. Ewakuacja to jednak zbyt łagodne słowo. W rzeczywistości było to jeden z licznych w II wojnie światowej “forsownych marszów”, które przekształcały się czasami w “marsze śmierci”. Brzeski miał szczęście, bo akurat jemu kazano iść do Stammlager IIIA w Luckenwalde, stosunkowo najbliższego obozu, który był rozlokowany na południe od Berlina. Co się odwlecze, to nie uciecze i cały Stammlager IIIA został wyzwolony przez Sowietów 22 kwietnia 1945. 20 maja 1945 został z resztą byłych jeńców przekazany Amerykanom, a 26 maja 1945 wrócił samolotem do Wielkiej Brytanii.

Niesławny obóz jeniecki Stalag Luft III w Żaganiu. Zdjęcie wykonane z alianckiego samolotu rozpoznawczego.
[Źródło: muzeum.zagan.pl]

Pokój

Po wojnie Stanisław Brzeski nie wrócił do Polski. Komunistyczna Polska nie była idealnym miejscem dla żołnierzy walczących na Zachodzie, ale też Brzeski po prostu zapuścił w Wielkiej Brytanii korzenie, założył rodzinę. To był kraj, w którym spędził całe dorosłe życie. Zaraz po powrocie z niewoli otrzymał przydział do Blackpool. 21 sierpnia 1945 wrócił do służby na dobre. Skierowano go do 16 Polish Service Flying Training School, gdzie przeszedł kurs instruktora pilotażu. Po nim nie dostał już jednak konkretnego przydziału, lecz trafił do 3 Polish Holding Unit w Hucknall i Newton. 11 grudnia 1946 roku cały wysiłek zbrojny polskich lotników na Zachodzie został przypieczętowany ostatecznym rozwiązaniem Polskich Sił Powietrznych w Wielkiej Brytanii. 1 czerwca 1949 Brzeski zaciągnął się do RAF w stopniu Flight Lieutenanta, gdzie trafił do służby kontroli lotów. 1 sierpnia 1950 stał się oficjalnie poddanym Korony Brytyjskiej. Służył w kontroli lotów dwadzieścia jeden lat. Jego ostatnim przydziałem było stanowisko Senior Air Traffic Controller na lotnisku Luqa na Malcie. W 1963 roku dostał promocję do stopnia Squadron Leadera. W 1970 roku zwolnił się ze służby z powodów zdrowotnych.

Czytając wspomnienia Brzeskiego z dnia, w którym dostał się do niewoli można się zdziwić jak często tego dnia pogrążał się w modlitwie. I to nie było naciągane. Brzeski był bardzo pobożnym katolikiem i regularnie uczęszczał na msze w parafii w East Dereham. Był też szczęśliwym mężem, ojcem dwóch córek i dziadkiem wielu wnucząt. Niestety problemy ze zdrowiem, które zmusiły go do rezygnacji ze służby w RAF okazały się bardzo poważne. Zmarł 3 grudnia 1972 w North Elmham w hrabstwie Norfolk w dość młodym wieku 54 lat. Sheila przeżyła go ponad 40 lat i odeszła w 2014 roku Suffolk w wieku 94 lat.

Stanisław Brzeski był jednym z najwybitniejszych polskich pilotów myśliwskich. Wielokrotnie określano go jako świetnego pilota i doskonałego strzelca. Wyróżniał się już od pierwszych tygodniu służby w wileńskiej eskadrze w Lidzie. Był odznaczony trzykrotnie Medalem Lotniczym, czterokrotnie Krzyżem Walecznych, srebrnym krzyżem Virtuti MIlitari V klasy i brytyjskim Distinguished Flying Cross. Komisja Bajana zaliczyła mu oficjalnie siedem pewnych indywidualnych zwycięstw powietrznych, trzy pewne zespołowe zwycięstwa powietrzne, dwa zwycięstwa prawdopodobne i jedno uszkodzenie (8.5 – 2 – 1 zwycięstwa). Oprócz tego we wrześniu 1939 zaliczono mu zestrzelenie jednego balonu indywidualnie i jednego zespołowo. Nie wliczono mu tego jednak do sumy zwycięstw. W ogóle zignorowano jego wrześniowe zgłoszenie jednego indywidualnego zestrzelenia Bf 110 i jednego zespołowego zestrzelenia He 111, choć w tych walkach Niemcy ponieśli realne straty. Nie zaliczono mu z oczywistych względów zespołowego zestrzelenia Liberatora BOAC (choć niektórzy piloci RAF takie omyłkowe zwycięstwa do dziś mają na listach zwycięstw). Nie zgłosił też w ogóle uszkodzenia FW 190 dokonanego 24 września 1943. Jest to może nadużycie, ale gdyby zastosować względem Brzeskiego metodę klasyfikacji zwycięstw, jaka była praktyką w RAF podczas pierwszej wojny światowej, to Brzeski byłby asem z co najmniej 15 zwycięstwami powietrznymi.

W “Aces High” Christophera Shoresa widnieje za to wpis, jakoby 18 lutego 1941 Brzeski, latając w składzie 249 dywizjonu, zniszczył na ziemi we Francji jednego Messerschmitta Bf 109. Choć Shores nie sprostował tego w “Aces High vol. II”, to musiała to być jakaś omyłka. Po Circusie 4, który miał miejsce 10 lutego 1941, na skutek złej pogody, dywizjon 249 w ogóle nie latał ofensywnie nad Francją aż do odejścia Brzeskiego, Michałowskiego i Solaka do dywizjonu 317.

Co warte zapamiętania, Stanisław Brzeski był najskuteczniejszym pilotem “Wilniuków”, czyli dywizjonu 317. Odniósł w jego szeregach pięć pewnych zwycięstw indywidualnych, dwa pewne zwycięstwa zespołowe i jedno uszkodzenie (6 – 0 – 1). Na drugiej pozycji uplasował się jego kolega Michał Maciejowski (4.5 – 0 – 0 zwycięstw w dywizjonie 317).

Dużo mniej rzucającym się w oczy osiągnięciem było to, że Brzeski ex aequo z Adolfem Pierasiakiem uzyskał najwyższą spośród polskich pilotów ilość zwycięstw na Spitifrach Mk.V. I on, i Pietrasiak mieli na tej wersji Spitfira po sześć zwycięstw indywidualnych i po jednym zwycięstwie połówkowym. I o ile Pietrasiak wszystkie swoje zwycięstwa na “piątkach” zaliczył w 92 dywizjonie RAF, to Brzeski dokonał tego w polskich dywizjonach 317 i 302.

Sheila i Stan Brzeski.
[Źródło: ze zbiorów Christine Stean via farmboysandpioneers.com]
Udostępnij: