F6F-3, VF-16, USS Lexington, Alexander Vraciu (Eduard 1/48)

Pilot

Alexander Vraciu był “rumuńskim Gabreskim”. Jego rodzice byli imigrantami z Rumunii, ale poznali się już w Stanach Zjednoczonych. Tam też urodził się Alex. Jak większość asów II wojny od dziecka był zakochany w lotnictwie. Marzył, żeby zostać asem na miarę Eddiego Rickenbackera. Początkowo jak zwykle pozostawało to w sferze marzeń i Vraciu zaczął studiować socjologię na Uniwersytecie DePauw. Po wybuchu wojny w Europie Alex rozpoczął naukę latania uczęszczając do wakacyjnej szkoły pilotów, jakich w oczekiwaniu na wojnę administracja Roosevelta utworzyła wiele. Dwa miesiące przed atakiem na Pearl Harbor Vraciu został powołany do US Navy i przeszedł cały łańcuszek szkoleń w różnych specjalistycznych szkołach i bazach szkoleniowych. W końcu podczas oczekiwania Alexa na przydział do jednostki liniowej do bazy w San Diego przybył słynny amerykański as “Butch” O’Hare. Werbował on najlepszych kadetów do nowo odtworzonego dywizjonu myśliwskiego VF-3. Vraciu nie dość, że przypadł do gustu “Butchowi”, to jeszcze szybko stał się jego wybranym “padawanem”, a potem skrzydłowym.

Alex Vraciu (po lewej) ze swoim mentorem Edwardem “Butch” O’Hare (drugi od lewej) na pokładzie USS Independence. 6 września 1943.
(Źródło: David Sears via historynet.com)

Pierwsze walki, pierwsze zwycięstwa (VF-3/6 na USS Independence)

W lipcu 1943 roku Alexander Vraciu trafił wraz z VF-3 na pokład lekkiego lotniskowca USS Independence, gdzie rozpoczął służbę na Pacyfiku. Klasa Independence powstała jako “zapchajdziura” mająca szybko odbudować flotę lotniskowców po dramatycznych stratach w 1942 roku. Docelowo podstawowym lotniskowcem US Navy miał stać się typ Essex, ale wyprodukowanie odpowiedniej ilości jednostek musiało potrwać. Independence powstawały jako konwersje lekkich krążowników. Mogły przenosić jedynie 30 samolotów, ale przynajmniej były szybkie. Mogły dotrzymać kroku dużym lotniskowcem i praktycznie do końca wojny w każdym zespole lotniskowców dwóm, trzem lotniskowcom klasy Essex miały towarzyszyć dwa, trzy lotniskowce lekkie klasy Independence. Służba na lotniskowcu lekkim była trudna i mało spektakularna. Czemu? Trudna bo startowanie i lądowanie na kieszonkowym pokładzie było sztuką samą w sobie. Mało spektakularna, bo podczas akcji bojowych nad wyspy japońskie wyprawiały się formacje z dużych lotniskowców, a myśliwce z lotniskowców lekkich miały w tym czasie pilnować nieba nad własnym zespołem.

15 lipca 1943 biurokraci z Waszyngtonu postanowili zmienić nazwę dywizjonu z VF-3 na VF-6. Dotychczasowy dywizjon VF-6 zmienił nazwę na VF-3. Żeby uchwycić sens tego działania trzeba być jednak amerykańskim sztabowcem. Pod koniec sierpnia 1943 USS Independence wszedł w skład zespołu wiceadmirała Charlesa A. Pownalla tworzonego przez nowe duże lotniskowce USS Essex i USS Yorktown, a 31 sierpnia wziął udział w pierwszej akcji bojowej. Był to atak na zajętą przez Japończyków Wyspę Marcusa, znajdującą się ledwie 1100 kilometrów od Tokio. Za tą misją nie krył się żaden strategiczny cel. US Navy chciała po prostu przetestować nowe lotniskowce i nowe załogi w boju. Ot taka misja treningowa z żywym przeciwnikiem. Zgodnie z obowiązującą taktyką walki atakami na wyspę zajęły się grupy lotnicze z Essexa i Yorktowna, a Alex z całym VF-6 wykonywał loty patrolowe zapewniając lotniskowcom osłonę z nieba. Jedyną odmianą był lot na wymiatanie i ostrzelanie pozycji japońskich ogniem karabinów maszynowych, w którym Vraciu leciał “na skrzydle” “Butcha” O’Hare. W drodze powrotnej Amerykanie wykryli i ostrzelali statek transportowy Jitai Maru.

Po rajdzie na Wyspę Marcusa Independence wrócił wraz z całym zespołem na Hawaje. 30 września 1943 zespół szybkich lotniskowców US Navy na Pacyfiku, nazwany teraz Task Force 14, miał już sześć lotniskowców: duże USS Essex (CV-9), USS Yorktown (CV-10), USS Lexington (CV-16) i lekkie USS Independence (CVL-22), USS Belleau Wood (CVL-24) i USS Cowpens (CVL-25). W takim składzie wypłynął tego dnia z Hawajów ku atolowi Wake. Tam zespół miał wykonać kolejną misję nękającą skierowaną przeciw japońskim garnizonom porozrzucanym na wyspach Pacyfiku. 5 października 1943 lotniskowce były już na pozycjach wyjściowych do ataku. Tym razem Vraciu po raz pierwszy starł się w powietrzu z samolotami wroga. Latał już wtedy nie jako skrzydłowy, a jako dowódca dwusamolotowej sekcji – drugiej sekcji w kluczu “Butcha” O’Hare. Czterosamolotowy klucz był podstawową jednostką taktyczną w dywizjonach myśliwskich US Navy. Mimo, że O’Hare był dowódcą całego VF-6, to podczas akcji dywizjon był zbiorem współpracujących ze sobą czterosamolotowych kluczy złożonych z dwóch sekcji po dwa samoloty. Tak więc O’Hare dowodził całością, ale w walce bezpośredniej przewodził czterosamolotowemu kluczowi. I tak 5 października klucz O’Hare dopadł nad Wake trójkę “Zer”. Vraciu miał w tym locie problemy z radiostacją i uważnie obserwował samolot O’Hare, aby w locie odgadywać jego zamiary. Kiedy O’Hare zaatakował skrajne zewnętrzne “Zero” w japońskim kluczu, Vraciu wziął na celownik drugie z tylnych “Zer”. I dowódca i Alex szybko zestrzelili te dwa samoloty, a dowódca klucza uciekł w dół, wylądował na lotnisku na Wake i wyskoczył z kokpitu uciekając do okopów. Vraciu spłynął z góry i ostrzelał jeszcze zaparkowane “Zero” pociskami skrzydłowych Browningów. Po tej akcji dostrzegł stojącą na pasie startowym “Betty”. Razem ze skrzydłowym Williamem Callanem zniszczyli ją ogniem broni pokładowej.

Zaraz po misji nad atolem Wake “Butch” O’Hare zdał dowództwo dywizjonu VF-6 i objął dowodzenie całą grupą lotniczą CAG-6, która rozlokowana była na trzech lotniskowcach. “Sztab” grupy znajdował się na USS Enterprise, który wrócił właśnie z modernizacji w Stanach Zjednoczonych. Latając z pokładu słynnej “Wielkiej E” O’Hare zaczął wdrażać w życie swoje pomysły nocnych misji, w tym nocnych misji na przechwycenie wrogich samolotów. Niestety podczas jednej z takich misji 26 listopada 1943 “Butch” zginął próbując przechwycić w nocy nad Wyspami Gilberta japońską “Betty”.

Dlaczego nad Wyspami Gilberta? Bo od połowy listopada lotniskowce szybkiego zespołu TF 14 zaczęły przygotowywać pole pod inwazję na wyspy Tarawa i Makin leżące w tym atolu. Operacja ta otrzymała nazwę “Galvanic”. Lądowanie Marines na Tarawie odbyło się 20 listopada 1943. Rankiem tego dnia samoloty z Independence jak zwykle patrolowały niebo nad amerykańską flotą. Vraciu dostrzegł w oddali japońską Mitsubishi “Betty”, która leciała dość nisko nad wodą z nieodgadnionymi zamiarami. Alex ruszył w jej kierunku na czele całego klucza. Japońscy piloci zauważyli zbliżające się Hellcaty i zawrócili czym prędzej na Tarawę. Jednak Hellcat Vraciu był szybszy i po chwili “Betty” zakończyła życie w falach Pacyfiku. Po południu Japończycy wyprowadzili z wyspy kontruderzenie. Spora grupa uzbrojonych w torpedy “Betty” przebiła się przez myśliwce osłony i mimo celnego ognia artylerii przeciwlotniczej, która zgłosiła zestrzelenie sześciu bombowców, zrzuciła torpedy w kierunku amerykańskiego lotniskowca. Jedna z nich trafiła Independence w prawą stronę rufy. Vraciu był w tym czasie w sali odpraw na lotniskowcu. Wspominał, że usłyszał tylko huk i odczuł wstrząs konstrukcji lotniskowca. Ekipy remontowe opanowały szybko uszkodzenia, ale Independence musiał odpłynąć do Atolu Funafuti aby odbyć właściwy remont.

Od Wyspa Marshala po Truk (VF-6 na USS Interpid)

Po kilku dniach w Funafuti VF-6 dostał rozkaz przeloty na opanowaną Tarawę, a potem na USS Essex. Tam do Alexa dotarła informacja o śmierci jego mentora “Butcha” O’Hare. Służba na Essexie była jednak dla Vraciu krótka. US Navy została uzbrojona w kolejne lotniskowce i dokonała kolejnej reorganizacji. Teraz zespół szybkich lotniskowców został nazwany Task Group 58. Jego dowódcą został kontradmirał Marc Mitscher. Pod koniec stycznia 1944 nowym domem dla VF-6 i całej grupy CAG-6 został nowy lotniskowiec klasy Essex – USS Interpid.

Interpid wszedł do akcji niejako z marszu. Wziął udział we wsparciu inwazji na Wyspy Marshalla. Rankiem 29 stycznia 1944 dywizjon VF-6 wystartował do wymiatania nad lotniskiem na Wyspie Roi. Alex Vraciu brał udział w tej misji. Po przylocie nad lotnisko i rozpoznaniu sytuacji Vraciu ze swoim skrzydłowym Thomasem Hallem przystąpili do ataku na zaparkowane na lotnisku samoloty transportowe. Jednak tuż przed otwarciem ognia Alex dostrzegł grupę nisko lecących nad ziemią “Betty”. Amerykanie natychmiast zmienili zamiary i zwrócili się w ich kierunku. Vraciu przycelował w ostatni bombowiec w szyku. Po kilku ledwie trafieniach zapalił się prawy silnik i zaraz zajęło się całe prawe skrzydło. “Betty” walnęła o powierzchnię wody w lagunie. Alex wziął więc na cel kolejny samolot. I tu krótka seria załatwiła sprawę. Lewy silnik “Betty” zapalił się, po czym całe skrzydło eksplodowało. Bombowiec roztrzaskał się w lagunie. Prawdopodobnie strzelec pokładowy też trafił Hellcata Alexa, bo przy podejściu do kolejnego bombowca Vraciu zauważył, że działa tylko jeden z sześciu Browningów. Takie osłabienie siły ogniowej Hellcata spowodowało, że kolejną “Betty” musiał atakować z siedem, czy osiem razy. W końcu chyba trafił pilota, bo i ta maszyna zwaliła się w dół. To było piąte zwycięstwo Alexa i tym samym dołączył on do grona asów US Navy.

Zdobywając kontrolę nad sporym obszarem Pacyfiku Japończycy utworzyli w kilku miejscach twierdze morskie z bazami lotniczymi, z których byli w stanie dokonywać projekcji siły i paraliżować żeglugę Aliantów. Zdobywanie wszystkich tych fortec wiązałoby się z wielkimi stratami i opóźnieniem pochodu na zachód o całe lata. Dlatego Amerykanie zdecydowali, że dwie najgroźniejsze i najpotężniejsze z tych twierdz – Rabaul na południu Pacyfiku i Truk w centrum Pacyfiku – zneutralizuje się blokadą morską i serią ataków lotniczych. W połowie lutego 1944 roku rozpoczęta miała być Operacja Hailstone neutralizacji bazy w atolu Truk zwanej Gibraltarem Pacyfiku. O potędze japońskiej zgromadzonej w tym miejscu krążyły wśród lotników US Navy legendy. Gdy w sali odpraw na Interpidzie obwieszczono załogom, że kolejnym celem będzie Truk, wielu lotników owładnęło przerażenie. 17 lutego z pokładów lotniskowców wystartowały 72 samoloty. Były to same Hellcaty, które miały zacząć działania nad bazą Truk od zniszczenia jak największej ilości japońskich samolotów. Loty na wymiatanie miały być kontynuowane cały dzień, aż lotnictwo japońskie na wyspie nie zostanie całkowicie złamane.

Hellcaty dotarły nad wyspę tuż przed świtem. Poszczególne dywizjony wybierały różne cele na atolu. Vraciu wraz ze swoim kluczem przygotowywał się do znurkowania nad japońskie lotnisko i ogniem broni pokładowej zniszczenia jak największej ilości zaparkowanych maszyn. Podchodząc do ataku Alex odruchowo spojrzał za siebie. I całe szczęście. W ich kierunku spływały zaczajone gdzieś “Zera”. Vraciu ostrzegł cały klucz, a sam ze swoim skrzydłowym podporucznikiem Louisem Little wykręcił w stronę pikujących myśliwców wroga. Pierwsze serie Vraciu i Little były skierowane w stronę dowódcy japońskiej formacji. Widząc, jak jego “Zero” otaczają roje pocisków smugowych Japończyk przerwał atak i znurkował w bok. I wtedy Hellcaty i “Zera” przemieszały się rozpoczynając jeden z najdzikszych pojedynków powietrznych, jakie Vraciu stoczył w swojej karierze. Piloci amerykańscy relacjonowali potem, że niektórzy z wrogich pilotów byli jeszcze w piżamach. To świadczyło jak bardzo atak Hellcatów zaskoczył załogę twierdzy Truk. Vraciu starał się wykorzystywać metodę boom & zoom i nie dopuszczał, żeby jego Hellcat wytracił prędkość. W krótkim czasie zestrzelił trzy “Zera”. Po zakończeniu walki, gdy piloci VF-6 zbierali się już do drogi powrotnej Vraciu dostrzegł jeszcze jeden samolot – “Zero” na pływaku, czyli Mitsubishi Rufe – które starało się schować w chmurach. Alex zaczął wznosić się tak, aby zajść wrogiego myśliwca od strony słońca, a przy tym udawać, że go nie widzi, albo nie obchodzi go nieprzyjacielska maszyna. Wreszcie będąc w odpowiedniej pozycji Vraciu znurkował w kierunku Rufe od strony jego ogona. Był później pewien, że Japończyk nawet nie wiedział, że ktoś do niego się zbliża. Amerykanin celną serią trafił w kokpit i skrzydło. Japoński samolot eksplodował. Walka nad Truk przyniosła pilotom Hellcatów z TG 58 spory sukces. Zgłoszono zestrzelenie 30 samolotów wroga w powietrzu i zniszczenie 40 na ziemi przy stracie jedynie czterech Hellcatów. Oczywiście zgłoszenia były przesadzone. Japończycy stracili w rzeczywistości 12 samolotów w powietrzu, ale też zgłosili optymistycznie 17 zwycięstw.

Jednak wieczorem powtórzył się scenariusz sprzed trzech miesięcy z Tarawy. Japończycy zorganizowali kontratak. Jeden z wrogich samolotów przeniknął obronę i celnie storpedował USS Interpid. Tym razem wybuch torpedy zrzucił Vraciu z pryczy, na której odpoczywał po wcześniejszych akcjach. Torpeda uderzyła w prawą burtę, spowodowała lokalne podtopienia i uszkodziła ster. Interpid musiał wrócić do Pearl Harbor do naprawy. Dywizjon VF-6 dostał rozkaz powrotu do Stanów na odpoczynek. Jednak Vraciu nie chciał już kończyć tury bojowej. Udało mu się uzyskać zgodę na pozostanie w pierwszej linii i 27 lutego 1944 zgłosił się do służby w dywizjonie VF-16 na USS Lexington.

Alex Vraciu na skrzydle swojego osobistego Grummana F6F-3 po walkach nad Atolem Truk. Luty 1944.
(Źródło: czeluści internetu)

Wielkie polowania (VF-16 na USS Lexington)

29 kwietnia 1944 Vraciu odniósł pierwsze zwycięstwa w składzie VF-16. Stało się to podczas kolejnego nalotu na twierdzę w atolu Truk. Japońska baza została niedawno wzmocniona przez około 100 samolotów, które przebazowano z oblężonego i poddawanego ciągłym nalotom Rabaul. Rano 29 kwietnia VF-16 poleciał w osłonie bombowców z VB-16 i VT-16. Nad celem zaatakowała ich mała grupa Mitsubishi “Zero”. Japończycy nie mogli jednak poradzić sobie z eskortą Hellcatów. Walki dobywały się nisko, więc tam gdzie “Zero” miał najkorzystniejsze osiągi. W pewnym momencie ścigany przez Vraciu pilot “Zera” zrobił pętlę na ekstremalnie niskiej wysokości. Alex trafił go w najwyższym punkcie tego manewru. Energia pocisków wręcz zatrzymała japoński myśliwiec w powietrzu, po czym w kłębach dymu zwalił się on do wody. Vraciu był jednak świadkiem, jak inny pilot Hellcata próbował wykonać pętlę w ślad za Japończykiem i tak zwolnił, że runął w dół rozbijając się w lagunie. Drugie “Zero” Alex zestrzelił już w bardziej klasyczny sposób. Gdy atak japoński ustał, Hellcaty zebrały się z powrotem i kontynuowały lot w eskorcie bombowców. Nad celem Amerykanie wpadli jednak w gwałtowny ogień artylerii przeciwlotniczej. Samolot Alexa dostał kilka razy. Zniszczony został system hydrauliczny i podwozie główne opadło nieco w dół. Wracając na Interpida Vraciu wiedział, że lądując takim samolotem na lotniskowcu narazi siebie i okręt. Miał do wyboru skok ze spadochronem lub wodowanie. Wybrał to drugie. Od razu został jednak wyłowiony przez niszczyciel. Mimo utraty samolotu i kąpieli w oceanie Vraciu miał jednak powody do dumy. 29 kwietnia uzyskał zwycięstwa numer 10 i 11, dzięki czemu stał się asem numer 1 w US Navy wyprzedzając Hamiltona McWhortera III, który w lutym uzyskał nad Truk dziesiąte zwycięstwo powietrzne.

Kolejnym celem zespołu TG 58 było przygotowanie przedpola do lądowania na wyspach Archipelagu Marianów. Lotnicy z CAG-16 zaczęli bombardować Saipan, Guam, Tinian i inne okoliczne wyspy. 14 czerwca 1944, podczas eskortowania Dauntelssów z VB-16 Vraciu dostrzegł w oddali prowadzącą rozpoznanie samotną “Betty”. Bombowiec leciał dużo wyżej, bo na 18 tysiącach stóp. Alex otrzymał zgodę prowadzącego formację na pościg, odrzucił zbiornik paliwa i rozpoczął wznoszenie na pełnym gazie. Zamierzał zaatakować “Betty” od spodu pod stromym kątem. Ktoś z załogi dostrzegł jednak Hellcata i japońscy piloci znurkowali chcąc nabrać prędkości i uciec. Do zapalenia “Betty” wystarczyła jedna seria. Bombowiec ten najwyraźniej w pełni zasługiwał na pogardliwe przezwisko “zapalniczka”, jakim obdarzyli go piloci myśliwscy US Navy. Tak jak wszystkie inne samoloty japońskie ze środkowego okresu wojny Mitsubishi G4M nie miał uszczelnianych zbiorników paliwa. A że tego paliwa zabierał dużo, byle seria powodowała pożar lub wręcz eksplozję. Brak uszczelnionych zbiorników to nie było niedopatrzenie. Wyłożone gumową okładziną zbiorniki byłyby po prostu bardzo ciężkie. Tak japońscy lotnicy płacili za wielki zasięg i niezłe osiągi swoich samolotów.

15 czerwca 1944 miała miejsce największa jak dotąd na Pacyfiku inwazja. O 9:00 osiem tysięcy Marines władowało na wyspie Saipan w archipelagu Marianów. Japończycy zdecydowali, że pora zatrzymać pochód Amerykanów. Główną siłą uderzeniową US Navy były lotniskowce TG 58. Było ich już piętnaście. Z pokładów operowało 1000 samolotów. TG 58 był elementem składowym 5 Floty admirała Raymonda Spruance, która wspierała inwazję. Japończyli zdecydowali, że wydadzą Amerykanom walną bitwę powietrzno morską. Miało to być pierwsze starcie lotniskowców od ponad półtora roku. W kierunku Marianów wysłano Kido Butai admirała floty Jisaburo Ozawy, której podstawą było dziewięć lotniskowców z 400 samolotami. Ozawa mógł jednak liczyć na wsparcie jednostek lotniczych stacjonujących na pobliskich wyspach. W sumie do dyspozycji miał około 900 samolotów. Do nieuchronnego starcia doszło 19 czerwca 1944. Rozpoczęła się dwudniowa bitwa, nazwana potem Bitwą na Morzu Filipińskim. O świcie admirał Ozawa dostał od samolotów zwiadowczych informację o pozycji lotniskowców amerykańskich. Do pierwszego ataku z trzech lekkich lotniskowców Chitose, Chiyoda i Zuihō wystartowało 8 torpedowych Nakajima B6N Tenzan (“Jill”), 45 MItsubishi A6M2 “Zero” z podwieszonymi bombami i 16 Mitsubishi A6M5 “Zero” eskorty. Japończycy nie wiedzieli, że nowe amerykańskie lotniskowce mają potężne radary zdolne wykryć wrogie wyprawy z większej odległości, niż radary japońskie. I tak wyprawa zaczęła około 70 mil od celu krążyć formując szyk nie wiedząc, że cały czas jest obserwowana na ekranach, a w ich kierunku lecą zastępy Hellcatów. Jako pierwsze zaatakowały Hellcaty z VF-15 z Essexa. Ich piloci szybko się zorientowali, że Japończykom brakuje wyszkolenia i doświadczenia. Widać było, że doskonałe załogi z ataku na Pearl Harbor, Morza Koralowego, Midway i Guadalcanalu już wyginęły. Piloci VF-15 zgłosili zestrzelenie 20 samolotów wroga bez strat. Potem do akcji wchodziły kolejne dywizjony Hellcatów. Z całej wyprawy na lotniskowce japońskie wróciło jedynie 20 z wszystkich 69 samolotów. Jedynym sukcesem Japończyków było ulokowanie bomby w pancerniku South Dakota. Jednak uszkodzenia były niewielkie i pancernik nawet nie przerwał normalnych operacji.

Do drugiego ataku na Zespół TG 58 Ozawa poderwał o 9:00 aż 128 samolotów z dużych lotniskowców Taihō, Shōkaku i Zuikaku. Tym razem wyprawa była groźniejsza, bo w jej składzie leciało aż 53 bombowców nurkujących Yokosuka D3A Suysei (“Judy”), 27 torpedowych Nakajima B6N Tenzan (“Jill”) i 45 Mitsubishi A6M5 “Zero” osłony. Różne wydarzenia spowodowały, że w rejon ataku doleciało jedynie 109 maszyn. Na pokładzie Lexingtona pośpiesznie przygotowywano do startu 12 Hellcatów z VF-16. Około 10:00 poderwano je do startu. Jednym z pilotów był Alex Vraciu. Dowódca dywizjonu komandor podporucznik Paul Buie miał nowiutkiego Hellcata z nowym silnikiem i szybko wysforował się do przodu. Możliwe, że nawet nie zauważył, że jego piloci zostali w tyle. Vraciu leciał zaś na bardzo zużytym Hellcacie. Silnik zaczął protestować i rzygnął olejem na owiewkę. Szybko okazało się, że jedna ze sprężarek powietrza nawaliła i Vraciu nie mógł wznieść się wyżej, niż na 20 tysięcy stóp. Po drodze skrzydłowy Homer W. Brockmeyer podleciał bliżej, coś zauważył i zaczął energicznie gestykulować wskazując na coś na skrzydle. Alex nie mógł zrozumieć o co chodzi. Samolot jakoś leciał, więc zdecydował się na kontynuowanie misji. Jak się potem okazało, w pilotowanym przez niego Hellcacie nie zaskoczyły zatrzaski blokujące rozłożenie skrzydeł! Wokół Vraciu widział inne dywizjony lecące na przechwycenie wrogiej wyprawy. W końcu dostrzegł przed sobą trzy podejrzane samoloty lecące ku lotniskowcom, a zaraz potem niżej główne siły około 50 samolotów przeciwnika. Jak się okazało, samolotami były bombowe Yokosuka “Judy”, które gdzieś po drodze straciły eskortę myśliwską.

Vraciu znurkował ku wrogiej formacji i wybrał sobie jedną “Judy” za ofiarę. Jednak obok zauważył innego Hellcata nurkującego w tym samym kierunku. Drugi pilot najwyraźniej nie zauważył samolotu Alexa i niebezpiecznie zaczął się zbliżać. Vraciu musiał przerwać atak. Przeleciał pod spodem japońskiej formacji i zaczął się wznosić wybierając inny bombowiec. Pilot “Judy” został ostrzeżony przez strzelca pokładowego i zaczął robić ostre uniki, a strzelec zaczął strzelać do Hellcata. Nic to nie dało. Krótka seria momentalnie zapaliła niezabezpieczone zbiorniki “Judy” i wrogi samolot runął ku oceanowi ciągnąc za sobą kłąb dymu. Vraciu wyciągnął w górę i skręcił w stronę pary “Judy” trzymających się blisko siebie. To jedynie ułatwiło Alexowi akcję. W jednym ataku zapalił oba samoloty. Tracąc samoloty jeden za drugim japońscy piloci zaczęli nerwowo próbować opuszczać formację. Amerykanie zaczęli z kolei zachowywać się dość okrutnie jak owczarki pilnujące stada i zaganiać pojedynczych uciekinierów z powrotem do kupy. Wroga formacja topniała, ale leciała ciągle w kierunku lotniskowców TG 58. Vraciu miał jeszcze dużo amunicji, ale olej z silnika brudził mu owiewkę coraz bardziej. Kolejne ofiary musiał atakować z bardzo bliskiej odległości, żeby w ogóle je widzieć. Tak podszedł następną “Judy” i oddał krótką serię trafiając precyzyjnie w nasadę skrzydła. Któryś z pocisków musiał też przerwać linki sterownicze, bo płonący samolot zaczął wykonywać nieopanowane manewry zwalając się w dół. Kiedy Vraciu podchodził do innej trójki bombowców wokół niego zaczęły już rozrywać się czarne wybuchy pocisków artylerii okrętowej. Byli już bardzo blisko lotniskowców. Ignorując zagrożenie Vraciu podszedł do ostatniej “Judy” i trafił ją w silnik. Schemat powtórzył się. “Judy” buchnęła płomieniem i dymem, po czym runęła w dół. To było piąte zwycięstwo w tym locie! Ale Alexowi to nie wystarczyło. Przeniósł ogień na sąsiedni samolot. I tu wydarzyło się coś zaskakującego. “Judy” z wielką siłą eksplodowała rozlatując się na tysiące kawałków. Vraciu potem analizował, że musiał trafić w podwieszoną bombę. Amerykanin otrząsnął się z zaskoczenia i ruszył za ostatnim bombowcem nurkującym właśnie w stronę pancernika. Ten dostał jednak bezpośrednie trafienie z działka przeciwlotniczego. Vraciu nagle został sam. Manerując ostro wyszedł z ostrzału własnej artylerii. Po wylądowaniu na Lexingtonie kołując otwarł owiewkę i rękami pokazał w kierunku mostka liczbę “sześć”. Rozpierała go duma. To był rekord zwycięstw odniesionych przez pilota US Navy w jednej misji. Po wylądowaniu mechanicy policzyli, że do zestrzelenia 6 samolotów Vraciu zużył jedynie 360 pocisków! To oznaczało, że na każdą ofiarę przypadła seria ledwie dziesięciu strzałów z jednego Browninga.

Japończycy przypuścili tego dnia w sumie cztery ataki. Ani jeden nie spowodował jakichś istotnych szkód. Jedynie pancernik USS South Dakota i lotniskowiec USS Bunker Hill zostały lekko uszkodzone. Z 373 samolotów, które wystartowały, aż 243 zostało utraconych. Japońskie lotnictwo pokładowe przestało istnieć. Na domiar złego, mimo że amerykańskie samoloty nie zdołały zlokalizować japońskich okrętów, to udało się to dwóm okrętom podwodnym: USS Albacore i USS Kavalla. Zatopiły one lotniskowiec Taihō – najnowszy i największy japoński okręt tej klasy – oraz lotniskowiec Shōkaku – weterana spod Pearl Harbor. Kolejne walki stoczono z samolotami bazującymi na Guam też strącając sporo z nich. Walki z falami samolotów Ozawy najlepiej podsumował na odprawie jeden z pilotów VF-16 porucznik Ziegel Neff: “to było jak stare dobre polowanie na indyki“. Dowódcy VF-16 Paulowi Buie tak przypadło do gustu to określenie, że od razu spopularyzował je wśród innych dywizjonów TG 58. To z kolei podchwycili reporterzy wojenni i odtąd wielka bitwa powietrzna nad Morzem Filipińskim znana jest jako “Great Marianas turkey shot“.

Choć wszyscy na lotniskowcach 5 Floty rwali się do popłynięcia na północ i ataku na Kido Butai, admirał Spruance nie dawał zgody na taką akcję. Był za to mocno krytykowany, a na pokładach wzbierała atmosfera buntu. Nie dość, że umykała okazja rozprawienia się z japońską flotą lotniskowców, to sam zespół TG 58 narażał się na “strzały znikąd”. Jednak Spruance zawsze patrzył szerzej niż inni. Wiedział, że jego podstawowym celem była ochrona floty inwazyjnej i nie mógł jej opuścić. Dopiero nazajutrz 20 czerwca, kiedy widać było, że kolejne japońskie ataki nie nadchodzą, dał Mitscherowi wolną rękę. Jednak przez długi czas nie udawało się odnaleźć floty Ozawy. Dopiero o 15:38 jedna z załóg samolotów zwiadowczych z USS Enterprise zameldowała o kontakcie z wrogimi okrętami. Były daleko na północy, około 230 mil od Zespołu TG 58, i pruły całą naprzód w kierunku Japonii. Mitscher wahał się, ale w końcu dał rozkaz ataku. Była to bardzo kontrowersyjna decyzja. Lotniskowce Ozawy były na granicy zasięgu amerykańskich samolotów, a w dodatku ich lądowanie musiałoby się odbyć już w ciemnościach. Zaczynała się jedna z najbardziej dramatycznych misji w historii US Navy. Nazwano ją potem “Misją poza ciemność”.

Start formacji samolotów z lotniskowców zespołów TG 38.1, TG.38.2, TG 38.3 zaczął się o 16:24. Zespół TG 58.4 z Essexem, Cowpensem i Langleyem miał pozostać w gotowości do obrony sił inwazyjnych i nie wziął udział w ataku. Po tym, jak czternaście samolotów musiało z przyczyn technicznych zawrócić, łącznie w kierunku japońskiej floty poleciało 226 samolotów. CAG-16 z Lexingtona wystawiło do tego lotu piętnaście Danutlessów, sześć Avengerów i osiem Hellcatów eskorty. Za sterami jednego z Hellcatów siedział Alex Vraciu. Lexington i Enterprise były ostatnimi lotniskowcami, które używały Dauntlessów. Były one niezawodne, ale dość powolne. Wlokły się w ogonie formacji, a piloci VF-16 musieli leniwie zygzakować nad nimi, żeby ich zanadto nie przegonić. Wkrótce samoloty zwiadowcze przed nimi doniosły, że flota Ozawy jest dużo dalej niż pierwotnie przypuszczano. Ta wiadomość zmroziła załogi. To jeszcze bardziej komplikowało misję. Raz, że mogło nie wystarczyć paliwa na powrót. Dwa, że lądowanie będzie odbywać się czarną nocą. Jednak dowódcy podjęli decyzję, aby kontynuować misję.

Nad celem niebo było pełne wysokich cumulusów. Dobrze przygotowani Japończycy korzystali z nich umiejętnie wypadając z chmur i atakując amerykańskie formacje. W pewnym momencie “Zera” związały walką większość Hellcatów z VF-16. Vraciu zorientował się, że koło bombowców pozostał tylko on ze swoim skrzydłowym Homerem Brockmayerem. I teraz oni zostali zaatakowani przez większą ilość “Zer”. Tym razem japońscy piloci byli dużo groźniejsi niż przeciwnicy, z którymi spotykał się wcześniej. Zaraz po ich ataku dostrzegł, że jeden z lecących niżej Avengerów z VT-16 zwala się płonąc w dół, a jego załoga skacze ze spadochronami. Alex nic nie mógł na to poradzić, bo sam został zaatakowany przez kilka maszyn. Starym dobrym odruchem Vraciu i Brockmayer utworzyli “falę Thacha” i zaczęli bronić się zacięcie. Jedno z “Zer” podeszło bardzo blisko i celnie ostrzelało Hellcata “Brocka”. Vraciu skręcił w jego kierunku i zestrzelił go jedną serią. Jednak w tym samym momencie Vraciu usłyszał przez radio krzyk skrzydłowego “Jestem trafiony!” i zobaczył jak jego Hellcat wali się w dół. Alex zdołał jeszcze uszkodzić jedno z “Zer”, ale sytuacja była podbramkowa. Został sam przeciw całej grupie Japończyków. Nie namyślając się wiele przewrócił Hellcata przez skrzydło i salwował się ucieczką w dół. Wracając na lotniskowiec dołączył do grupy Avengerów. Po euforii z poprzedniego dnia nie było ani śladu. Był zdruzgotany. Stracił skrzydłowego (nie wiedział, że Brockmeyerowi udało się jednak przeżyć), nie obronił bombowców, musiał uciekać. Teraz przed nim stanęła wizja długiego lotu i lądowania w ciemności. Jednak Vraciu był świetnie wyszkolonym pilotem. Jego mentor “Butch” O’Hare nauczył go bardzo ekonomicznego korzystania z silnika. Poza tym razem trenowali nocne loty, które były pasją “Butcha”.

Powrót na lotniskowce był traumatycznym przeżyciem. Vraciu ciągle słyszał w słuchawkach meldunki o kończącym się paliwie i rozpaczliwe wołania o pomoc. Tego dnia księżyc był w nowiu i panowały absolutne ciemności. W końcu nie bacząc na groźbę wykrycia zespołu przez wroga admirał Mitscher kazał włączyć wszystkie światła na lotniskowcach. Amerykańskie załogi nie mogły rozpoznać który lotniskowiec jest czyj, ale przynajmniej widzieli, gdzie w ogóle mogą lądować. Vraciu posadził swojego Hellcata na USS Enterprise.

Amerykanom udało się zatopić lotniskowiec Hiyo i uszkodzić kilka innych. Zapłacili za to wielką cenę. Około 20 samolotów zostało zestrzelonych przez artylerię przeciwlotniczą i myśliwce (Japończycy zgłosili 100 zwycięstw). Amerykańscy piloci myśliwscy i strzelcy bombowców zgłosili 27 zwycięstw (Japończyli stracili w walkach 12 “Zer”). Jednak łącznie ze stratami operacyjnymi, z samolotami zniszczonymi na Hiyo i innych lotniskowcach przeciwnicy stracili tego dnia 67 samolotów. Na lotniskowcach TG 58 wylądowało jedynie 140 samolotów z 226 które wystartowały. Reszta została zestrzelona, zaginęła w drodze powrotnej lub wodowała. Los 172 lotników pozostawał nieznany, ale w kolejnych dniach udało się wyłowić większość z nich.

Druga tura bojowa

Vraciu uczestniczył jeszcze w wielu misjach nad Marianami. Skupiały się one na niszczeniu wszystkiego co podejdzie pod lufy i bomby na wyspach Saipan, Tinian i Guam. Nie miał jednak więcej okazji do walk z japońskimi myśliwcami. Niemniej i tak stał się niekwestionowanym liderem w US Navy pod kątem ilości zwycięstw. Z wynikiem 19 zestrzeleń był asem nad asy w lotnictwie marynarki. Ten rekord będzie pobity dopiero cztery miesiące później przez Davida McCampbella. Po zakończeniu tury bokowej Alex wrócił do Stanów i został awansowany na kapitana marynarki wojennej. Oczywiście od razu wykorzystano go jako maskotkę zachęcającą do kupowania obligacji wojennych. Wojna wymagała wyciągnięcia od ludzi duuużej ilości pieniędzy i każda metoda była dobra. Los celebrytów reklamujących pożyczki i obligacje był wspólny dla wszystkich bohaterów wracających z różnych frontów II wojny światowej. Jednak po odbębnieniu celebryckich obowiązków Vraciu mógł udać się wreszcie do rodzinnego Chicago. Tam na nowo odkrył córkę jednego z sąsiadów Kathryn Horn. Ślub odbył sie dwa i pół tygodnia później.

Alex czuł jednak, że obowiązki wzywają go na Pacyfik. Nowa taktyka Japonii polegająca na rzucaniu młodych pilotów do samobójczych ataków spowodowała, że US Navy zaczęła potrzebować coraz więcej pilotów myśliwskich. Zwłaszcza tych doświadczonych. I tak Alex stawił się pod koniec października 1944 w Pearl Harbor, gdzie dostał przydział do swojej ostatniej jednostki – VF-16 na USS Lexington. Jednak 5 listopada Lexington został trafiony przez kamikaze i musiał wracać do remontu. Jednocześnie tura bojowa VF-16 zakończyła się. W związku z tym Alexowi zmieniono przydział i skierowano do dywizjonu VF-20 na legendarnym USS Enterprise, który wraz z innymi szybkimi lotniskowcami walczył w tym czasie w rejonie Filipin wspierając odbijanie wysp przez US Army. 14 grudnia 1944 Vraciu wykonał pierwsze dwa loty na wymiatanie nad Luzonem. Podczas drugiego z nich celny pocisk działka przeciwlotniczego trafił jego Hellcata w silnik. Alex wiedział, że nie zdoła wrócić na lotniskowiec, poleciał dalej na zachód w kierunku pasm górskich i tam wyskoczył ze spadochronem. Tam został odnaleziony przez filipińską partyzantkę dowodzoną przez byłego kapitana armii amerykańskiej Ala Bruce, który uciekł z niewoli, ukrywał się, a potem zorganizował z miejscowych mały oddział ruchu oporu. Przez trzy tygodnie Vraciu był członkiem oddziału, aż w końcu Bruce uczynił dowódcą jednej z drużyn. Jego przygody mogłyby być kanwą niezłego filmu przygodowego. 9 stycznia 1945 na Luzonie wylądowała US Army i Vraciu na czele swojego poddodziału rozpoczął marsz ku pozycjom własnych wojsk. Po szeregu perypetii cała ekipa dotarła do patroli 129 Dywizji Piechoty. Vraciu był uratowany. Mimo nalegań Alex nie dostał już zgody na powrót do latania. Za dobrze znał lokalizację filipińskich oddziałów i wzięcie go do niewoli mogło mieć katastrofalne skutki dla ruchu oporu. Dla Vraciu wojna się skończyła.

Po wojnie Alex pozostał na służbie. Kilka lat pracował w Departamencie Marynarki, a potem w Pentagonie. Po tym wrócił do czynnego latania i objął dowodzenie VF-51 na USS Hornet. W styczniu 1957 wygrał zawody w strzelaniu powietrznym latając na nowym odrzutowcu FJ-3 Fury. W kwietniu tego roku wziął udział w kilkudniowym doskonaleniu kwalifikacji w El Centro w Kalifornii. Szkolenie było zakończone zawodami, w których ekipa z VF-51 wygrała drugie miejsce. Lepszy był tylko dywizjon Marines z El Toro. To szkolenie połączone z końcowym “meczem” to nic innego jak rozsławiony w 1986 przez Toma Cruise program “Top Gun”. Alex Vraciu przeszedł na wojskową emeryturę w 1963 roku. Pracował potem w bankach i dorobił się piątki dzieci. Dożył 97 lat i odszedł niedawno – w 2015 roku. Był zawsze uśmiechnięty i pogodny. Znany był z wielkiego poczucia humoru. Czasami na granicy pure nonsensu. Całe jego życie i kariera była niczym cukierkowe opowieści o bohaterach, którzy przeżyli moc przygód, zyskali sławę, uratowali świat, a potem żyli długo i szczęśliwie.

Alex Vraciu na pokładzie USS Enterprise po powrocie z miesięcznej epopei w filipińskich górach.
(Źródło: navytimes.com)

Samoloty pilota

Hellcaty Alexandra Vraciu są chyba najbardziej ikonicznymi, najlepiej znanymi samolotami US Navy. Zwłaszcza jego wcześniejszy F6F-3 “Gadget” z numerem “19”.

Wczesne samoloty Alexa Vraciu

Pierwsze lekcje latania Alex odbył w wakacyjnej szkole pilotażu przy Uniwersytecie Ball State na Piperze J-3 Cub. Potem w Corpus Christi doskonalił umiejętności na North American SNJ Texan. W końcu szkolenia walki powietrznej przeszedł na Grummanach F4F-4 Wildcat. W te samoloty był też początkowo wyposażony VF-3 “Butcha” O’Hare. W styczniu 1943 dywizjon otrzymał kontyngent nowiutkich F6F-3 Hellcat. Niestety nie znane mi są żadne zdjęcia ukazujące Alexa w którymś z tych samolotów.

Grumman F6F-3 Hellcat BuNo. 40467, nr “19”, “Gadget”. VF-6, USS Interpid, styczeń – luty 1944.

To ten najbardziej chyba znany Hellcat na świecie. Znany jest z całej serii zdjęć propagandowych po uzyskaniu przez Alexa dziewiątego zwycięstwa nad atolem Truk 17 lutego 1944. Był to na prawdę osobisty samolot Vraciu, a nie jakaś maszyna przystrojona do sesji zdjęciowej. Dokładnie na tym samolocie o numerze 40467 zestrzelił 29 stycznia 1944 trzy “Betty” nad wyspami Roy i Burlesque w archipelagu Marianów. Na nim uzyskał też cztery zwycięstwa nad “Zerami” i Rufe nad atolem Truk.

Było to Hellcat z początku ostatniej, piątej serii produkcyjnej F6F-3 (numery BuNo. 39999 do 43137). Charakteryzował go brak przetłoczeń na silniku w okolicach rur wydechowych, co upodabniało go do późniejszych F6F-5. Przetłoczenia były zlikwidowane od samolotu 40234 włącznie. Wszystkie samoloty 5 serii produkcyjnej miały już usunięte klapy wentylacyjne na dole osłony silnika. Maszt antenowy był jeszcze przesunięty na prawo od osi samolotu, jak we wcześniejszych F6F-3, choć był już prosty, a nie nachylony do przodu. Hellcat Vraciu nie miał już reflektora do lądowania na dolnej powierzchni lewego skrzydła – zniknęły one już dużo wcześniej, pośrodku drugiej serii produkcyjnej F6F-3.

Warto zwrócić uwagę, że w tym akurat samolocie zastosowano nagłówek z pasem skóry ciągnącym się w dół aż do ramy za fotelem. Takie zagłówki widać na bardzo wielu zdjęciach Hellcatów, ale nie na wszystkich. Innym ciekawym wyróżnikiem jest daszek nad tablicą przyrządów ciągnący się aż do przedniej krawędzi wiatrochronu.

Samolot 40467 nosił typowe dla tego okresu czterokolorowe malowanie:

  • Dolne powierzchnie pomalowano matowym kolorem kremowo białym (ANA 601 Insignia White)
  • Górne powierzchnie skrzydeł i usterzenia poziomego były półbłyszczące granatowe (ANA 606 Semigloss Sea Blue)
  • Górne powierzchnie kadłuba i krawędzie natarcia skrzydeł i usterzenia poziomego od góry w kolorze granatowym matowym (ANA 607 Non-specular Sea Blue)
  • Boki kadłuba i usterzenie pionowe były szaroniebieskie (ANA 608 Intermediate Blue)

Przejścia między kolorami były bez ostrych krawędzi, malowane pistoletem.

Znaki rozpoznawcze były późnego typu z białymi gwiazdami na granatowych kołach, z białymi poprzecznymi pasami po lewej i prawej stronie znaku, a całość była obwiedziona granatową obwódką. Biały kolor to klasyczny ANA 601 Insignia White, a granatowy to ANA 605 Insignia Blue. Nanoszono je w czterech pozycjach: po obu stronach kadłuba, na lewym skrzydle od góry i na prawym od dołu. Na kadłubie średnica koła pod gwiazdą miała 50 cali, a na skrzydłach 45 cali. Jednak znak na górze lewego skrzydła były trochę mniej typowy. Po pierwsze na samolotach US Navy zaczęto wtedy stosować w tym miejscu znaki niskiej widzialności z kolorem białym zastąpionym przez mieszankę białego z jasnoszarym. Po drugie na górnej powierzchni lewego skrzydła na większości Hellcatów znak był nanoszony jako kalkomania o uproszczonym wzorze – BEZ granatowej obwódki. Tylko białe gwiazdy na granatowym kole i białe pasy po bokach. Jest bardzo prawdopodobne, że 40467 miał takie właśnie oznakowanie.

Pod kokpitem był namalowany duży biały numer “19”. Zwraca uwagę, że numer był malowany od szablonu z charakterystyczną pionową przerwą w cyfrze “9”. Poza tym szablon komuś nie wyszedł i cyfra “9” była bardzo koślawa. Numer “19” o mniejszym rozmiarze i białym podkreśleniem – znakiem firmowym Lexingtona – był namalowany pośrodku statecznika pionowego. Nie jestem pewien, czy numer był też powtórzony na osłonie silnika i na przednich drzwiach podwozia. Może uda mi się odnaleźć odpowiednie ujęcia zdjęć.

Przed numerem, a pod wiatrochronem jest dziewięć naklejek z japońskimi flagami, jeszcze bardziej do przodu jest osobiste godło w postaci komiksowej głowy byka w białym kole. Pod godłem jest jasny (żółty?) napis “Gadget”. Przed głową byka jest zaś słynne godło dywizjonu “Felix the Cat” w postaci czarnego kota ze słynnej w latach 20 i 30 kreskówki, który trzyma w rękach tlącą się bombę i biegnie do przodu. Godło jest umieszczone na małym białym kółku.

Grumman F6F-3 Hellcat BuNo. 40467, numer “19” Alexa Vraciu. VF-6, USS Interpid, luty 1944.
(Źródło: czeluści internetu)

Grumman F6F-3 Hellcat BuNo. nieznany, nr “32”. VF-16, USS Lexington, czerwiec 1944.

Drugi znany, choć mniej popularny Hellcat Alexandra Vraciu to F6F-3 ze średnich serii produkcyjnych z białym numerem “32”. Ten Hellcat był obfotografowany po Bitwie na Morzu Filipińskim, po której Alex został asem numer jeden w US Navy, i jako pierwszy pilot marynarki strącił sześć samolotów w jednym locie. W tym czasie Vraciu służył w VF-16 na USS Lexington. Niestety nie jest znany numer seryjny tego Hellcata i nie wiadomo, czy to na nim uzyskał jakieś zwycięstwa w szeregach VF-16. Wiadomo jednak, że to dość stara maszyna ze średnich serii produkcyjnych F6F-3, która miała jeszcze przetłoczone wypukłości na osłonie silnika w rejonie wylotów rur wydechowych. Samolot ten miał pionowy maszt antenowy przesunięty w prawo od osi samolotu, ale z całą pewnością nie miał już reflektora lądowania na dolnej powierzchni lewego skrzydła. Niestety ja w modelu ten reflektor dałem i myślę, że jest to podstawowy błąd merytoryczny, który popełniłem.

Na zdjęciach widać wyraźnie, że samolot ma pod skrzydłami pylony na bomby. Są to wczesne pylony typu 3, czyli takie, jak Eduard daje w zestawie. Na kołach są założone opony z “diamentowym” bieżnikiem, najpewniej produkcji Goodyeara.

Samolot ma czterokolorowe malowanie typowe dla tego okresu. Jednak na zdjęciach widać, że samolot był przemalowany. Raz, że linia podziału między kolorem granatowym, a niebieskoszarym na kadłubie schodzi w okolicach kokpitu bardzo nisko, jakby w ten sposób zamalowano jakieś stare oznakowanie. Dwa, że na tym Hellcacie nie widać żadnych napisów eksploatacyjnych. Zupełnie, jak by były usunięte lub zamalowane. Zdjęcia nie ukazują dobrze całego samolotu, ale wydaje mi się, że na górnych powierzchniach lewego skrzydła jest przepisowy znak z granatową obwódką zamiast uproszczonej grummanowej kalkomanii. Przyznam, że tego pewny nie jestem i malowanie mojego modelu opiera się w dużej mierze na założeniach i przypuszczeniach.

Numer

Grumman F6F-3 Hellcat BuNo. nieznany, numer “32”. VF-16, USS Lexington, koniec czerwca 1944 po Bitwie na Morzu Filipińskim.
(Źródło: magazyn Avions nr 224)

Późniejsze samoloty Alexa Vraciu

Podczas krótkiej tury bojowej w VF-20 na USS Enterprise Vraciu zapewne latał na granatowych F6F-5. Nie ma jednak zdjeć z tego okresu. Jedynie po powrocie na lotniskowiec po filipińskiej tułaczce Alexowi zrobiono zdjęcie z japońską kataną na tle jakiegoś Hellcata z dywizjonu. Po wojnie Alex testował różne samoloty, między innymi Grummany F7F, a w podczas dowodzenia VF-51 latał na FJ-3 Fury.

Model

Model F6F-3 Alexa Vraciu kleiłem równolegle z modelem F6F-5 Davida McCampbella. W poniższym artykule opisałem dość dokładnie moje zmagania z eduardowym Hellcatami:

Poniżej opiszę więc tylko gdzie były różnice.

Dodatkowe elementy

Przede wszystkim F6F-3 różnił się wizualnie od F6F-5 innym wiatrochronem. We wcześniejszych Hellcatach szyba pancerna nie była wbudowana integralnie w wiatrochron, tylko zamontowana za wiatrochronem do grzbietu kadłuba. Eduard nie dodał jej w ogóle do modelu, ale chyba wiem dlaczego. Ze względu na ograniczenia technologiczne wiatrochron jest grubszy niż w oryginale i tę płytę ciężko za nim zmieścić. Sam to przetestowałem próbując wstawić tam coraz mniejszy i mniejszy od oryginału element. A jak go zrobiłem? Zaprojektowałem w 3D ramę płyty i nakleiłem klejem UV z przodu i z tyłu folię. Zamiast litego kawałka plastiku powstało coś w rodzaju pustej w środku kasetki. Zrobiłem tak, bo nie chciało mi się piłować w grubym kawałku plastiku. Jednak summa sumarum narobiłem się więcej, więc nie polecam tej metody. Nie załadowałem też modelu 3D tej ramy, bo po wydrukowaniu czwartej pomniejszonej wersji i tak musiałem ostro wydruk podpiłowywać.

Hellcat Vraciu miał zamontowane opony z diamentowym bieżnikiem. Prawdopodobnie były to bardzo wtedy popularne opony Goodyeara. Tak, jak w przypadku F6F-5 McCampbella zaprojektowałem i wydrukowałem sobie takie opony:

Pod F6F-3 Vraciu podczepiłem zbiornik paliwa. Głównie dlatego, że na sesji zdjęciowej zbiornik ten jest podwieszony. Zamiast zbiornika z zestawy wykorzystałem żywiczny zbiornik od Quickboosta. Warto! Jest bardziej finezyjny i ma taśmy podtrzymujące wytrawione z blaszki. Przyznam, że tych taśm się nieco obawiałem. Nie byłem pewien, czy uda mi się dokleić je tak, żeby wyglądały na napięte. Kluczem do sukcesu okazało się nawiercenie w spodzie kadłuba otworów, w które można było wsunąć końce taśm. Mając je wywiercone sprawa okazała się łatwiejsza, niż podejrzewałem. Nachwaliłem się zbiornik Quickboosta, więc teraz dla równowagi doleję łyżkę dziegciu. Quickboost zapomniał dodać do swojego zbiornika korka wlewowego. W żywicy jest zagłębienie, a w blaszkach korka brak. A miał on bardzo charakterystyczny kształt. Można taki korek podebrać z dowolnego innego zestawu, bo był to normatywny korek niczym wyprodukowany przez A.C.M.E. z Królika Buggsa. Ja jednak dla zabawy dorobiłem go sobie w 3D:

Malowanie

Tu było więcej zabawy niż z modelem McCampbella. Z oczywistych względów, bo Hellcat Vraciu był nosił przepiękny i tak charakterystyczny schemat malowania US Navy z 1943 roku. Jako koloru granatowego użyłem tak jak na wcześniejszym Hellcacie AK Interactive Real Colors Dark Sea Blue. Od spodu użyłem MRP-135 Insignia White. Jednak żaden z gotowych modelarskich kolorów Intermediate Blue z mojej przepastnej szuflady mi nie podchodził. Porównywałem je do próbki ANA 608 Intermediate Blue wklejonej w książce Johna M. Elliotta The Official Monogram US Navy & Marine Corps Aircraft Color Guide i albo były za jasne, albo za ciemne, albo za żywe, albo za wyblakłe, albo za ciepłe, albo za zimne… No zupełnie jak z butem Kopciuszka. W końcu zrobiłem mieszankę 10 * AK Interactive RC 235 Intermediate Blue plus 1 * AK Interactive RC 258 Dark Sea Blue i ta przeszła moją wewnętrzną marudną kontrolę jakości. Malowało mi się Hellcata mozolnie i trudno. Tak, jak w przypadku Hellcata McCampbella nie umiałem jeszcze dobrze rozcieńczać farb AK RC i przeżywałem katusze próbując nimi uzyskać nieostre krawędzie. Tu widać, jakie paskudztwa robiły mi się na granatowym przy próbach malowania nieostrych krawędzi z ręki.

Dopiero dodanie rozcieńczalnika Hataka Orange i Tamiya Lacquer Retarder uratowało sytuację. Jednak w tym przypadku zdradziły mnie też moje ukochane farby Mr. Paint! Kremowo biały Insignia White malował źle. Zachowywał się zupełnie inaczej niż inne farby MRP, które znam. A granatowy do znaków rozpoznawczych (MRP-300 Insignia Blue) to była jakaś zupełna porażka. Ścierał się, brudził na granatowo, a w końcu odlazł przy maskowaniu. Miałem chyba po prostu jakąś wadliwą butelkę. Na dolnym skrzydle skończyło się w ogóle na usunięciu znaku i malowaniu od nowa:

Oprócz znaków rozpoznawczych malowałem też numer “32” na kadłubie. Co prawda kalkomanie do tego samolotu miałem w zestawie kolekcjonerskim F6F-3 Bunny Fighter Club Eduarda, ale wolałem sam sobie rozrysować ten numer i go malować. Jak się potem okazało przy nakładaniu kalkomanii Edka to była dobra decyzja. Od razu też pomalowałem aerografem jaśniejsze pola na górze skrzydeł w okolicach przedziałów amunicyjnych. Takie charakterystyczne rozjaśnienia widać na zdjęciu oryginału. Ten jaśniejszy kolor to AK RC 258 Dark Sea Blue rozjaśniony nieco AK RC 235 Intermediate Blue. Na poniższym zdjęciu widać, jak Hellcat wyglądał pod koniec procesu malowania:

Kalkomanie

I tu też nie było lekko. W zestawie Bunny Fighter Club były kalkomanie, ale tak średnio wyraźne, ale co gorsze film kalkomanii okazał się jakiś przeraźliwie gruby. Choć na arkusiku nie wyglądało to dramatycznie, to po naklejeniu na model zestaw zwycięstw wyglądał jakby był na desce przykręconej do kadłuba. Chcąc nie chcąc po raz pierwszy musiałem zastosować metodę popularną wśród modelarzy samochodowych. Po naklejeniu kalkomanii napsikałem na nią grubszą warstwę lakieru bezbarwnego Mr. Paint (MRP-048 Super Clear Gloss Varnish) i poczekałem aż wyschnie, czyli z godzinę. Wtedy bardzo drobnym papierem ściernym (2000, albo 2500 nie pamiętam) starłem troche wypukłość uważając, żeby nie przetrzeć się do nadruku. Potem jeszcze raz lakier i jeszcze raz ścieranie. I tak o ile pamiętam cztery do pięciu razy.

Po tych operacjach kalkomanie przestały być aż tak wystające:

Po pomalowaniu całości matowym lakierem (MRP-127 Super Clear Matt Varnish) zupełnie przestały mnie razić:

Pamiętając, że kamuflaż US Navy miał górne powierzchnie skrzydeł i usterzenia poziomego półmatowe / półbłyszczące, pociągnąłem je finalnie lakierem MRP-125 Super Clear Semigloss Varnish.

Części zaprojektowane w 3D.

Kilkając poniższy link możecie ściągnąć sobie pliki z modelami 3D różnych detali, które użyłem w Hellcacie. Są to te same pliki, które wcześniej podwieszałem w artykule o modelu McCampbella. Możecie ich używać do woli, ale wspomnijcie proszę skąd je wzięliście.







Galeria

No i końcowe zdjęcia. Robione Canonem Powershot G9X Mark II.

Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •