Artukuły historyczne

Matador przestworzy Robert Standford Tuck

Zima małych potyczek

Pogarszający się stan zdrowia doprowadził do tego, że 25 listopada Tuck wylądował w szpitalu. Lekarze zdiagnozowali u niego nadkwasotę żołądka i wysłali go na tygodniowe “L4”. Nie przeszkodziło to Tuckowi w imprezowaniu. Dywizjonowy oficer wywiadu Geoffrey Myers, jak każdy porządny szpicel, zrobił notatki, z których wynikało, że często po imprezach w pubach Tuck “ulatnia się” gdzieś z nowo poznanymi kobietami.

​Mimo że Luftwaffe zaprzestała wysyłania większych wypraw bombowych i myśliwsko-bombowych, nad Wyspy Brytyjskie nadlatywały pojedyncze samoloty, głównie rozpoznawcze, nękające system obrony powietrznej. Dla pilotów 257 dywizjonu oznaczało to konieczność częstego wykonywania nudnych i męczących patroli i podrywania do przechwycenia wrogich samolotów, kończących się najczęściej na niczym. Jednak Tucka cały czas świeżbił palec na spuście i często wypuszczał się samotnie na loty testowe, rozpoznawcze, zapoznawcze, żeby tylko dopaść jakiś niemiecki samolot. I tak, choć na 9 grudnia 1940 nie planowano żadnych lotów, Robert i tak wystartował na lot rozpoznawczy. Cytując jego raport:

​“Lecąc samotnie nad Morzem Północnym na wysokości 10 000 stóp, dostrzegłem przed sobą, około dziesięciu mil dalej, małą kropkę i poinformowałem o tym kontrolera, który polecił mi zachować ostrożność, ponieważ w pobliżu znajdował się sojuszniczy samolot. Dogoniłem ten samolot, który początkowo wziąłem za Hampdena. Gdy zbliżyłem się do niego – leciał on również na wysokości 10 000 stóp – zauważyłem na górnej części kadłuba coś, co wyglądało jak bardzo duża pętla radiolokacyjna o średnicy od dwunastu do piętnastu stóp. Patrząc od nosa do ogona, dostrzegłem również duże wybrzuszenia pod obydwoma skrzydłami, po wewnętrznej stronie silników. Wybrzuszenia te wydawały się większe niż gondole silników.

​Kiedy leciałem bezpośrednio za tym samolotem, w odległości około 100 jardów, tylny strzelec otworzył ogień w moim kierunku. Natychmiast zanurkowałem pod niego i skręciłem w prawo. W tym momencie, gdy przeleciałem pod nim, strzelił do mnie przedni strzelec. Otworzyłem ogień, atakując z tyłu z góry z odległości około 250 jardów, zbliżając się do około 100 jardów. Ponieważ pilot był raczej nieudolny, widziałem, jak moje pociski trafiały prosto w nos samolotu. Uważam, że musiałem zabić pilota już podczas tego pierwszego ataku, ponieważ samolot przez cały czas pozostawał w spiralnym nurkowaniu. Mam również wrażenie, że samolot, model Do 17 lub 17Z, był opancerzony.

​Gdy samolot znajdował się w spiralnym nurkowaniu, przeleciałem pod nim i podciągnąłem się po drugiej stronie. Następnie zbliżyłem się do niego, powtarzając atak z lewej burty. Gdy znikał w chmurach, widziałem, jak wciąż błyskał górny tylny karabin. Przelotem przedarłem się przez warstwy chmur i, czekając około 500 stóp poniżej, zobaczyłem, jak Do pojawił się ponownie wyżej przede mną, wykonując spiralę w prawo. Zdołałem wykonać jeszcze około czterech ataków ogniowych, zanim zniknął w drugiej warstwie chmur. Podczas mniej więcej trzech ostatnich ataków nie zaobserwowałem żadnego ognia. Gdy samolot wroga zniknął w trzeciej i ostatniej warstwie chmur, dostrzegłem płomienie wydobywające się z jego prawego silnika oraz gęsty czarny dym z lewego silnika. Do tego momentu nie widziałem, żeby ktoś z niego wyskoczył ze spadochronem.

​Gdy samolot wroga zniknął w ostatniej warstwie chmur, której górna krawędź znajdowała się na wysokości około 3 000 stóp, przeleciałem prosto w dół przez nią i przewidziałem pozycję, w której samolot ten miał się pojawić. Stwierdziłem, że między podstawą tej chmury a powierzchnią morza pozostało około 1 000 stóp. Ustawiłem się na wysokości około 500 stóp nad morzem i zaobserwowałem, jak samolot Do wynurzył się z chmury, wciąż wykonując szybką spiralę w prawo, po czym rozbił się w morzu. Parę minut później zauważyłem jednego spadochroniarza wyłaniającego się z chmur, a wkrótce po nim kolejnego. Krążyłem wokół nich przez około trzy minuty i widziałem, jak opadają na wodę. Ponieważ widoczność poniżej tej chmury była bardzo słaba, na kilka sekund włączyłem światła lądowania, ponieważ trudno było dostrzec powierzchnię morza.

​Następnie, gdy nadal krążyłem na wysokości około 500 stóp, dostrzegłem coś, co uznałem za łódź typu E-boot płynącą bardzo szybko w kierunku południowo-zachodnim, w stronę niemieckich lotników. Naturalnie założyłem, że musieli wysłać sygnał, gdy po raz pierwszy ich zaatakowałem. Po upadku samolotu dostrzegłem na wodzie duży, podłużny obiekt, który mógł być tratwą lub fragmentem skrzydła. Ponieważ nie byłem pewien swojej pozycji, postanowiłem wezwać pomoc w ustaleniu kursu powrotnego, ale okazało się, że moje radio nie działa, podobnie jak lampki na desce rozdzielczej i światła podwozia. Przekonawszy się, że nie otrzymam pomocy w naprowadzeniu mnie do bazy, oszacowałem najbardziej prawdopodobny kurs powrotny i wylądowałem milę od Orfordness.

Zima, czyste niebo — aż chciałoby się zanucić „Jingle Bells”. Tymczasem w Coltishall trwała zwyczajna codzienność 257 dywizjonu. Na zdjęciu w całej okazałości prezentuje się osobisty Hurricane Mk.I Roberta Tucka, V6864, DT-A, już w swojej ostatecznej postaci. Zwraca uwagę, że po zamalowaniu części numeru V6864 pasem w kolorze Sky (lub Sky Blue) cały numer został powtórzony za pasem mniejszymi literami, najprawdopodobniej o wysokości 4 cale.
[Źródło: iwm.org.uk]

12 grudnia 1940, kiedy dywizjon 257 wraz z dywizjonem 17 wykonywał rutynowy patrol nad Rochford, doszło do chaotycznej i kontrowersyjnej akcji. Będąc już w powietrzu, Tuck zorientował się, że kontrolki radiostacji nie świecą się. Bez łączności Tuck nie był w stanie dowodzić skutecznie dywizjonem, więc spróbował zasygnalizować lecącemu w formacji “Cowboyowi” Blatchfordowi, żeby ten przejął dowodzenie. Blatchford zrozumiał, ale pozostali piloci jeszcze nie. A w tej dokładnie chwili Tuck dostrzegł dwa Bf 109 lecące poniżej i zanurkował ku nim. Piloci, nie wiedząc, że to “Cowboy” teraz prowadzi, zanurkowali za Tuckiem. Widząc to, Robert przerwał atak, wzniósł się ponownie i powtórzył procedurę przekazania dowodzenia, żeby wszyscy ją poprawnie odczytali. Gdy upewnił się, że wszyscy zrozumieli, kto teraz prowadzi formację, Tuck zdecydował, że wróci do Martlesham Heath.

​W drodze powrotnej, nad ujściem Tamizy, Tuck dostrzegł poniżej dużą formację czterdziestu Bf 109 wykonujących jakieś zadanie nad Londynem. Mimo dużej przewagi ilościowej podleciał do trzech Messerów i ostrzelał je, a potem skoncentrował się na jednym z nich, który zaczął uciekać. Tuck dogonił go w okolicach Clacton-on-Sea niedaleko od dużego konwoju płynącego po Morzu Północnym. Po oddaniu jednej celnej serii niemiecka maszyna spadła do morza przed dziobem statku prowadzącego konwój.

​Tuckowi zaliczono pewne zestrzelenie jednego Bf 109, ale sam proces zaliczania łatwy nie był. Wokół tej walki pojawiły się bowiem kontrowersje. Oficer wywiadu, czyli niezawodny Geoffrey Myers, przepytywał świadków, ale nikt nie potwierdzał relacji Tucka. “Cowboy” Blatchford zaprzeczył, jakoby widział w powietrzu jakieś Messerschmitty. Według niego w powietrzu kręciły się tylko Spitfiry. Załogi statków z konwoju, nad którym miała się miejsce walka, nie potwierdziły, że coś takiego miało miejsce. Myers stwierdził, że ktoś taki jak Tuck nie zmyślałby w raporcie bojowym i ostatecznie doprowadził do zatwierdzenia tego zwycięstwa.

​W grudniu Robert Stanford Tuck doświadczył, jak to jest stać się wojennym celebrytą. 15 grudnia 1940 magazyn “The People” zamieścił o nim artykuł “Knight of the Air”, w którym autor i propagandysta mocno podkoloryzował jego podniebne wyczyny, nadając mu przy okazji przydomek “Chianti Tuck”, nawiązując oczywiście do wina “zdobytego” w zestrzelonym Fiacie BR.20. Wzniósł się na wyżyny poezji, pisząc że dźwięk jego karabinów to głos 10 tysięcy maszyn do pisania. Skutek był taki jak zawsze i wszędzie. Tuck zaczął mieć wielu fanów, w tym takich… dziwnych. Jakiś facet przedstawiający się jako “Hector” przysłał mu list pisany stylem analfabety, w którym wyznał mu miłość i załączył 10 szylingów na fajki.

To zdjecie dowodzi, że Robert Stanford Tuck z dowodzenia „Burma Squadron” niezadowolony nie był. Jak skupimy wzrok na lewej klapie marynarki, to przekonamy się, że relacje z bandą Polaków w dywizjonie były całkiem zażyłe.
[Źródło: iwm.org.uk]

16 grudnia 1940 roku dywizjon 257 przesunięto na odpoczynek do Coltishall. Tam podczas skromnej potańcówki w pubie „King’s Arms” w North Walsham Tuck poznał Joyce Baker Harber.  Joyce była kierowcą ambulansu w Londynie, przebywającą u matki na urlopie. Oboje wpadli sobie w oko. Co ciekawe, Joyce była w trakcie rozwodu z pierwszym mężem. Nie przeszkodziło to Tuckowi, który nigdy wcześniej nie angażował się w stałe związki, zupełnie stracić dla niej głowę. To z kolei spowodowało, że cechująca go brawurowa beztroska gdzieś zniknęła i zaczął się przejmować życiem. Stał się niespokojny i nerwowy. Pewnego dnia podał Geoffreyowi Myersowi numer telefonu do Joyce, prosząc go, żeby poinformował ją, jeśli coś by mu się stało. Za to w święta Bożego Narodzenia rodzina Tucków dostała wreszcie kartkę pisaną przez siedzącego w obozie jenieckim brata Roberta, Jacka Tucka. Wszyscy odetchnęli, gdy dowiedzieli się, że Jack cieszy się dobrym zdrowiem.

29 grudnia 1940 o 11:20 Tuck i jego skrzydłowy P/O Cardale F. A. Capon zostali poderwani do przechwycenia intruza lecącego na południe wzdłuż wybrzeża Norfolk. Nad otwartym morzem niebo było czyste, ale nad lądem unosiła się lekka mgła i widoczność była kiepska. Tuck uznał, że niemiecki samolot jest maszyną rozpoznawczą, która jest odciążona i gotowa do szybkiej ucieczki przed prześladowcami. Postanowił więc wykorzystać te asymetryczne warunki atmosferyczne i zbliżyć się maksymalnie do miejsca wskazywanego przez kontrolę naziemną, lecąc jak daleko się da nad lądem, aby niemiecka załoga zbyt szybko Hurricanów nie zauważyła.

​Plan udał się w stu procentach. Kiedy operatorzy radarów zobaczyli, że Tuck zbliżył się maksymalnie do intruza, dali sygnał, aby skręcił ku Morzu Północnemu. Dwaj Brytyjczycy wypadli z mgły dokładnie 500 jardów od wrogiego samolotu, którym okazał się Dornier Do 17. Jako pierwszy zaatakował Capon. Podleciał do Dorniera z boku i wpakował mu serię w kadłub. Tuck uplasował się za ogonem dwusilnikowej maszyny i z odległości 150 jardów oddał serię w kierunku gondoli silnikowej. Sekundy potem jego wiatrochron pokrył się kroplami z trafionego silnika. Kolejna seria oderwała kawał lewego usterzenia i zapaliła lewy silnik. Dornier ściągnął ostro w górę, a Tuck dokończył dzieła zniszczenia, trafiając go w kadłub. Wrogi samolot zwalił się w dół i walnął w powierzchnię morza 3 mile na północny wschód od Lowestoft. Zestrzelenie Dorniera widział i potwierdził oficer straży przybrzeżnej z Great Yarmouth. Mimo że strzelali obaj brytyjscy piloci, pełne zwycięstwo przyznano Tuckowi. I tu mamy kolejną kontrowersję. Najprawdopodobniej ofiarą Brytyjczyków był Do 17 z 3/KG 2, ale… w rzeczywistości poważnie uszkodzony bombowiec doleciał do francuskiego brzegu i lądował przymusowo w okolicy Calais/Marck.

​Cardale Capon nie nacieszył się długo ze wspólnego sukcesu. 1 stycznia 1941, podczas lądowania w śnieżycy po nocnym patrolu, Capon rozbił Hurricana i zginął na miejscu. Od dnia objęcia przez Tucka dowództwa nad dywizjonem 257 Capon był jego zwyczajowym skrzydłowym. W chwili śmierci miał dwa zwycięstwa na koncie. Pogrzeb Capona odprawiono 5 stycznia 1941.

7 stycznia 1941 Robert został odznaczony jednym z najwyższych orderów nadawanych pilotom RAF, czyli Distinguished Service Order. Wyżej był już tylko Victoria Cross. 28 stycznia order wręczył mu osobiście król Jerzy VI. W ceremonii uczestniczyły młode księżniczki Małgorzata i Elżbieta (TA Elżbieta), które z wielkim zainteresowaniem wypytywały odznaczonych pilotów o ich walki powietrzne.

​Tymczasem związek Roberta z Joyce rozkwitał. Chcąc być blisko Roberta Joyce rzuciła pracę w londyńskim pogotowiu i zatrudniła się jako kierowca w miejscowym oddziale Ministry of Aircraft Production w Coltishall. Po trudnym, stresowym okresie pod koniec 1940 roku Robert zaczął się uspokajać. Zaczął doceniać spokojne wieczory przy kominku w domu rodziców Joyce. Oboje odkryli, że mają wspólną pasję – muzykę klasyczną – a w szczególności muzykę symfoniczną.

4 lutego 1941 Tuck poleciał złożyć wizytę w swojej starej bazie w Pembrey. Podczas wizyty Robert wziął udział w próbie przechwycenia niemieckiego rozpoznawczego Ju 88, którego ścigał bezskutecznie aż do Irlandii. Do Coltishall wrócił 6 lutego, ale powrót był dramatyczny z powodu śnieżyc i kiepskiej widoczności.

10 lutego 1941 Robert był świadkiem zaskakującego ataku trzech Bf 110 na lotnisko Coltishall. Niemcy zaskoczyli i zestrzelili lądującego pilota Spitfira z 222 dywizjonu. Wściekły Tuck wskoczył do rowu przeciwlotniczego i zaczął strzelać do Messerów z karabinu maszynowego Lewisa. Trafić nie trafił, ale od własnego wrzasku stracił głos. Po tym wydarzeniu zaczął wysyłać do dowództwa prośby o możliwość wykonywania odwetowych ataków na niemieckie lotniska.

2 marca 1941 o 15:50 Tuck wystartował do samotnego lotu treningowego na dużej wysokości. Będąc w powietrzu, dostrzegł smugi kondensacyjne nad miejscowościami Wells i Cromer. Spróbował skontaktować się z kontrolerem, aby zidentyfikować aktywność w tym sektorze, ale z powodu awarii radia w bazie nie otrzymał odpowiedzi. Nie zastanawiając się długo, Tuck skręcił w kierunku smug, żeby sprawdzić, co to za samolot. Zbliżywszy się, rozpoznał w niezidentyfikowanym samolocie Dorniera Do 17. Ruszył więc do ataku. Po ostrzelaniu przez Tucka niemiecka maszyna przeszła w nurkowanie, a trzech członków załogi wyskoczyło na spadochronach. Jednak niemiecki pilot nie opuścił maszyny i wydawało się, że próbuje przymusowo wodować. Robert, chcąc z bliska zaobserwować finał tej próby, podleciał bardzo blisko wrogiego samolotu. W tym momencie pilot Dorniera niespodziewanie uniósł nos maszyny i oddał serię z karabinu maszynowego, trafiając w wiatrochron Hurricana Tucka. Rozwścieczony faktem, że nie docenił przeciwnika, Tuck natychmiast wykonał zwrot i zużył resztę posiadanej amunicji na atak czołowy.  Niemiecki samolot spadł do morza i zatonął, a jego pilot zdołał wydostać się z wraku i zaczął płynąć ku brzegowi. Tuck opuścił miejsce walki i wylądował w Coltishall o godzinie 17:00. I znowu w relacji Tucka mało co się zgadza. Owszem, jego zwycięstwo zostało potwierdzone po wojnie w dokumentach niemieckich, ale ostrzelany przez niego Dornier Do 215 z 2(F)/ObdL zdołał wrócić do Francji i roztrzaskał się dopiero koło Evreux.

19 marca 1941 roku Tuck wystartował do lotu sprawdzającego warunki atmosferyczne nad wschodnią Anglią. Lot ten szybko zmienił swój charakter. W księgach dwyzjonu opisano to tak:

​“S/Ldr R.R. Stanford Tuck, odznaczony orderami D.S.O., D.F.C. z baretką, wystartował samotnie z Coltishall o godz. 08:05, aby sprawdzić warunki pogodowe, ponieważ panowała mgła i było zimno. Zaraz po opuszczeniu lotniska otrzymał od kontrolera polecenie, by obrać wektor 120 stopni. Po dotarciu do Yarmouth otrzymał polecenie patrolowania na wysokości 15 000 stóp. Kilka minut później, gdy znajdował się około 6 mil od brzegu, poinformowano go przez radio, że wykryto wrogi samolot, który leci na północ, 15 mil od Happisburgha. Otrzymał wektor 320 stopni i wzniósł się na wysokość 18 000 stóp. Po ośmiu minutach lotu zgodnego z tym wektorem zauważył małą czarną plamkę bezpośrednio przed sobą i poniżej. (Początkowo pomyślał, że to plamka oleju na przedniej szybie.) Kontroler potwierdził wówczas, że to właśnie ten samolot wroga. Wroga maszyna znajdowała się około 7 mil na północ, około 6 000 stóp poniżej niego. Dzięki tej przewadze wysokości i słońcu, które miał za plecami, S/L Tuck był w stanie szybko dogonić wroga, pozostając niezauważonym. Zidentyfikował przeciwnika jako Do 17Z. Gdy znalazł się około 400 jardów za nim i nieco wyżej, oddał serię trwającą około dwóch sekund, mającą na celu unieruchomienie górnego tylnego strzelca. W odległości 200 jardów oddał kolejną krótką serię, ale podczas tej serii tylny strzelec z górnego stanowiska otworzył ogień, oddając nieskuteczną krótką serię, po czym przestał strzelać. Był to jedyny ogień zwrotny odnotowany podczas całej walki. Ponieważ S/Ldr Tuck leciał szybciej niż samolot wroga, który poruszał się z prędkością około 200 mil na godzinę, przeleciał obok niego. Wówczas niemiecka maszyna wykonała łagodny skręt w prawo i skierowała się na wschód. S/Ldr Tuck natychmiast przeprowadził atak od prawej tylnej ćwiartki, po czym samolot wroga wyprostował lot i skierował się w stronę warstwy chmur położonej na północny wschód od ujścia rzeki Wash. Podczas gdy samolot wroga utrzymywał ten kurs, S/Ldr Tuck przeprowadził dwa ataki z lewej strony i dwa kolejne z prawej, za każdym razem oddając krótkie serie z odległości około 150 jardów, zbliżając się do 75 jardów. Za każdym razem obserwował, jak jego amunicja uderza w środek płatowca i okolice kabiny pilota. Po drugim ataku z prawej strony zauważył, że jeden z członków załogi wyskoczył ze spadochronem. Nieprzyjacielski samolot dotarł następnie do chmury, zniknął w niej na chwilę, a potem wyłonił się po drugiej stronie, skręcając w lewo w kierunku angielskiego wybrzeża. Znajdował się teraz na wysokości około 4 000 stóp i nadal gwałtownie tracił wysokość, schodząc w szybkim szybowaniu, by ostatecznie o 8:25 rozbić się w morzu około 4 mil na południowy wschód od statku latarniowego Cromer Knoll. S/Ldr Tuck zauważył jednego członka załogi trzymającego się fragmentu wraku, prawdopodobnie skrzydła. W pobliżu statku latarniowego znajdował się konwój, a S/Ldr Tuckowi wydawało się, że widział statek, który odłączył się od konwoju i skierował się w stronę wraku. Wzbił się wyżej i poprosił bazę o ustalenie jego pozycji oraz podanie kursu powrotnego.

​Po raz kolejny ta relacja nie odpowiada prawdzie. Atakowanym samolotem był najprawdopodobniej Bf 110 z EGr 210 i został, a i owszem, utracony, ale wcale nie w morzu. Uszkodzona w walce maszyna doleciała do Francji i rozbiła się w okolicach Roanne.

​Tymczasem od początku 1941 roku RAF zaczął przechodzić do ofensywy. Dywizjony 11 Grupy Fighter Command stacjonujące w południowo-wschodniej Anglii zaczęły wykonywać loty zaczepne nad okupowaną Francją. Były to zarówno wielkie operacje Circus, w których kilka bombowców RAF było eskortowanych przez kilka lub kilkanaście dywizjonów myśliwskich, jak i małe nękające misje Mosquito, nazywane potem misjami Rhubarb, w których od dwóch do czterech myśliwców RAF wysyłano na loty zaczepne na małej wysokości. Piloci atakowali w nich cele naziemne, unikając walk powietrznych z samolotami wroga. Wkrótce 11 grupa zaczęła prosić sąsiednie grupy Fighter Command o wsparcie w tych zadaniach. Z zachodu pomoc nadchodziła z 10 grupy, a z północy z 12 grupy, w której operował dywizjon 257. Najczęściej akcje myśliwców z tych dwóch grup wymagały międzylądowania w południowo-zachodniej Anglii i zatankowania do pełna.

​I tak w dzień po walce z Bf 110 z EGr 210, czyli 20 marca 1941, Robert Stanford Tuck wraz z F/Lt Howardem P. “Cowboyem” Blatchfordem wystartowali o 14:10 do długiego lotu przez Kanał La Manche nad Holandię. Rozkazy zabraniały atakowania wrogich samolotów i podjęcie walki było możliwe tylko, gdyby piloci byli zaatakowani. Nad wybrzeżem Brytyjczycy dostrzegli jednak jakiś niezidentyfikowany samolot. Rozdzielili się do ataku, ale szybko stracili go z oczu. Zaobserwowali jednak, jak holenderscy cywile przystają i machają, pozdrawiając brytyjskich pilotów.

Prawdziwi kumple w czasach niedoli. Po lewej Kanadyjczyk F/Lt Howard P. “Cowboy” Blatchford, w środku S/Ldr Robert Stanford Tuck. Gdy Tuck zostanie awansowany do stopnia Wing Commandera i obejmie dowodzenie skrzydłem Duxford, Blatchford przejmie dowodzenie dywizjonem 257 i przejmie… osobistego Hurricane Mk.IIc Z3088 FM-A Roberta.
[Źródło: iwm.org.uk]

9 kwietnia 1941 roku Robert Stanford Tuck stoczył swoją pierwszą nocną walkę. Od 13:25 piloci wykonywali patrole nad Norfolk. Podrywano ich bądź dwójkami, bądź czwórkami, bądź pojedynczo. Akcje te trwały cały dzień i nie przerwano ich bynajmniej przed zmierzchem. Tuck wystartował do patrolu o 22:30. Wzbił się na wysokość 12 000 stóp i, kierowany przez kontrolę naziemną, kilkukrotnie obierał nowy kurs. Około 23:15 zrobił pełny obrót, żeby rozejrzeć się w świetle księżyca, i dostrzegł, że poniżej, nad wybrzeżem, kilka mil od niego toczy się jakaś walka powietrzna. Najprawdopodobniej to Sgt. L. R. Truman z jego dywizjonu próbował zestrzelić jakiś wrogi samolot. W walce to on został jednak trafiony i zameldował kontroli naziemnej o wycieku glikolu. Dostał instrukcję, żeby skakać ze spadochronem. Albo nie mógł, albo nie chciał tego zrobić i roztrzaskał się koło Worstead, ginąc na miejscu.

​Tuck już chciał lecieć, aby włączyć się do tej walki, kiedy zobaczył za sobą nieco wyżej ciemny kształt jakiegoś innego samolotu. Zawrócił ku niemu i widział, jak niezidentyfikowana maszyna leci ku wybrzeżu, ku Lowestoft, gdzie płonęły już jakieś pożary. Tuck zbliżył się do ściganego samolotu od dołu, nieco z prawej, i rozpoznał w nim Junkersa Ju 88. Zrobił lekki skręt, ustawił się za ogonem Junkersa, przyciemnił maksymalnie celownik, podciągnął Hurricana lekko w górę i w odległości 100 yardów nacisnął na spust. Po długiej serii zauważył, jak tylny strzelec Junkersa oddaje dwie, trzy krótkie niecelne serie. Niemiecki bombowiec skręcił lekko w lewo i rozpoczął nurkowanie, aby nabrać prędkości i uciec spod luf Hurricana. Tuck kontynuował jednak ostrzał i widział rozbłyski świadczące, że trafiał do celu. Za oboma silnikami Junkersa pojawiły się pierwsze płomienie. Niemiecki pilot nurkował w stronę tafli wody i nie próbował wyprostować lotu. Na wysokości 1000 stóp Tuck musiał wyrwać w górę i stracił wroga z oczu. Po chwili dostrzegł jednak na wodzie kręgi piany. Kontroler naziemny poinformował Tucka, że obserwatorzy na wybrzeżu donieśli, że jakiś samolot spadł do wody.

​Brytyjski pilot zawrócił więc do Coltishall, ale po drodze otrzymał informację, że niedaleko po lewej od niego na wysokości 8 000 stóp leci jakiś inny, zapewne wrogi samolot. Tuck skręcił więc w tę stronę i dostrzegł przed sobą spadające bomby. Poderwał Hurricana i zaczął okrążać wroga, utrzymując go w świetle księżyca. Zbliżył się do niego na 200 jardów i nacisnął na spust. Widział, jak pociski dosięgły samolotu, którego rozpoznał jako Heinkla He 111. Jednak po sekundzie karabiny zamilkły. W Hurricanie skończyła się amunicja. Mimo to Tuck śledził wrogą maszynę i donosił kontroli naziemnej o jej pozycji w nadziei na jej przechwycenie przez inne myśliwce RAF. Niemiecka załoga zdołała jednak umknąć.

​Tuckowi zaliczono jedno pewne zwycięstwo nad Junkersem Ju 88. Do dziś nie wiadomo jednak, z jakim samolotem walczył i czy na pewno go zestrzelił. Po tej walce Robert Stanford Tuck zostanie później odznaczony drugą baretką do Distinguished Flying Cross.

​W kwietniu do 257 dywizjonu przybył pierwszy Hurricane Mk.IIc o numerze Z3152. Rozentuzjazmowany Tuck przygarnął nowy nabytek dla siebie. Nie dość, że ta nowa wersja miała dużo mocniejszy silnik Rolls-Royce Merlin XX, to jeszcze była uzbrojona w cztery działka Hispano 20 mm. Od lata 1940 roku Tuck narzekał na słabą siłę rażenia karabinów maszynowych kalibru 0.303 cala, więc przesiadka na samolot uzbrojony w działka była dla niego szczytem szczęścia. Pierwszy lot zapoznawczy na nowym samolocie, zakończony oczywiście próbami strzelania z działek Tuck, wykonał 17 kwietnia 1941 o 15:50.

​W sobotę wieczorem 26 kwietnia 1941 roku, podczas wieczoru spędzanego z Joyce i pilotami 222 dywizjonu w pubie Ferry Inn, Tuck poczuł nagły, niewytłumaczalny niepokój. Wiedziony jakimś instynktem, próbował namówić towarzyszy imprezy, by natychmiast wyjechali do Norwich. Niektórzy się nie zgodzili i pozostali w pubie. Kilka minut po wyjściu Tucka i Joyce niemiecki bombowiec zrzucił na pub 500-funtową bombę, która zniszczyła budynek i zabiła niemal wszystkich, którzy zostali w środku, w tym Południowoafrykańczyka i asa z 7 zwycięstwami odniesionymi na Spitfirach F/O Briana van Mentza.

​Nazajutrz, 27 kwietnia 1941, o 20:32 Tuck wystartował swoim nowym Hurricanem Mk.IIc do patrolu nad Yarmouth dołączając do krążącej tam już niebieskiej sekcji z dywizjonu 257. O tej porze roku szybko zapadał zmierzch, co powszechnie wykorzystywały niemieckie załogi bombowców. W pewnym momencie Tuck zauważył serię bomb spadających do morza tuż przy brzegu oraz wystrzały artylerii przeciwlotniczej. Zszedł na wysokość 1500 stóp, przeczesując niebo w poszukiwaniu intruza. Po chwili dostrzegł dwusilnikową maszynę, którą zidentyfikował jako Junkersa Ju 88, lecącą w formacji z innymi samolotami.

​Tuck podszedł do formacji bombowców z dużą ostrożnością, upewniając się najpierw, że nie są to własne maszyny. Zbliżył się na dystans zaledwie 100 jardów i otworzył ogień. Seria była celna. Pilot Hurricana zaobserwował pociski uderzające w prawe skrzydło Junkersa. Jednak w momencie, gdy przygotowywał się do ostatecznego uderzenia, w pobliżu rozbłysły pociski artylerii przeciwlotniczej. Tuck rzucił w interkom, żeby kontrola naziemna pohamowała obsługę dział, ale rozgrzana bateria oddała długą salwę, która przeszła bezpośrednio między Hurricanem a Junkersem. Oślepiony Tuck stracił niedoszłą ofiarę z oczu i więcej jej nie odnalazł. Rozdrażniony as opisał nieudaną walkę w raporcie bojowym i zgłosił uszkodzenie jednego Ju 88.

11 maja 1941 roku o 23:15 Robert Tuck znowu wystartował do nocnego patrolu, tym razem dalej na północ niż zwykle, bo nad Sheringham. Jako że noc była księżycowa, była szansa wypatrzeć jakiś wrogi samolot bez radaru. O 23:55, jakieś 5 mil od Sheringham, dostrzegł Junkersa Ju 88. Podleciał do niego i oddał w jego kierunku dwie krótkie serie. Dostrzegł, jak wywołują one eksplozje w kadłubie, ale Junkers od razu zanurkował i zniknął w ciemnościach. Brytyjski pilot wrócił więc do patrolowania, kierując się wzdłuż wybrzeża na południowy wschód do Yarmouth. O 00:14 spostrzegł innego Ju 88, zbliżył się do niego na 200 jardów i ponownie oddał dwie serie. Tym razem trafił w prawe skrzydło. Posypały się z niego kawałki blach, a płat buchnął ogniem. Zaraz potem prawe skrzydło oderwało się i Junkers zwalił się do morza około 15 mil na północny wschód od Yarmouth. Po powrocie Tuck zgłosił pierwszego Ju 88 jako zestrzelonego prawdopodobnie, a drugiego jako zestrzelonego na pewno.

5 czerwca 1941  w tygodniku The Listener ukazał się wywiad z Robertem Tuckiem. Towarzyszył on anonimowemu wywiadowi nagranemu przez BBC. Wszyscy oczywiście skojarzyli, że anonimowy pilot to Standford Tuck. Również w czerwcu 257 dywizjon dużo częściej brał udział w misjach typu Rhubarb. Jak to Tuck określał, były to loty na wysokości “linii brwi” i były zalegalizowanym wandalizmem, bo piloci atakowali to, co podlezie pod lufy — pociągi, koszary, kolumny żołnierzy Wehrmachtu. Tuck celowo poluzował dyscyplinę radiową podczas tych lotów i pozwalał pilotom na okrzyki radości i satysfakcji, jak coś im się udało zniszczyć.

21 czerwca 1941 o 15:55 Robert Tuck wystartował na czele dwóch sekcji do patrolu nad konwojem. Po patrolu, szukając przygód, Tuck wykręcił samotnie na południowy wschód ku wybrzeżom Holandii. Kiedy znalazł się na południe od Hagi, został zaatakowany od strony słońca przez trzy Bf 109. Brytyjczyk wykręcił ku nim i jedną serią z działek doprowadził do eksplozji jednego z Messerów. Wykręcił wtedy za drugim Niemcem i wpakował w niego serię, po której Messerschmitt spadł do morza. W czasie gdy Tuck obserwował upadek wrogiej maszyny, trzeci Bf 109 spłynął na niego od tyłu z góry i celnie trafił jego Hurricana. Gdy wroga maszyna wyciągała w górę po ataku, Tuck poderwał nieco nos swojego samolotu i wystrzelił za wrogiem. Widział, jak pociski trafiają w Messerschmitta i odpadają od niego jakieś kawałki. Brytyjczyk zawrócił jednak uszkodzonym Hurricanem ku Anglii. Udawało mu się utrzymywać wysokość jakieś 90 mil, ale gdy był już ledwie 2 mile od Clacton, z prawego skrzydła odpadła lotka. Nie czekając na katastrofę, Tuck wyskoczył ze spadochronem, lądując w wodach Morza Północnego. Miał szczęście, bo łódź ratunkowa znalazła go pół godziny później.

​Po powrocie do Coltishall Tuck zgłosił dwa pewne zwycięstwa i uszkodzenie Bf 109. Zaliczono mu je na wiarę, zapewne dzięki jego sławie i popularności. Nie miał jednak na to ani świadków ani żadnych dowodów. Niestety, w dokumentach niemieckich nie znaleziono jakiegokolwiek potwierdzenia tej walki ani tym bardziej jakichkolwiek strat odniesionych przez myśliwce w tym rejonie tego dnia.

Bardzo znane zdjęcia Roberta Stanforda Tucka w kokpicie Hurricane Mk.I V6864, DT-A.
[Źródło: iwm.org.uk]
Udostępnij: